Jak przeczyta się jakąkolwiek książkę np. z XIX wieku to widać, że wcale nie każdemu było narzucane małżeństwo. Wręcz przeciwnie - chętnie korzystano z pracy lub majątków osób niezamężnych / nieżonatych i bezdzietnych. W bogatszych kręgach były to guwernantki lub bogate krewne, którym dawano dzieci na wychowanie. W biedniejszych pracownicy fabryk, służba, praczki, żołnierze.stonkabiedry pisze: ↑śr sty 28, 2026 10:47 am Malzenstwa byly gloryfikowane przez wieki a brak malzenstwa (staropanienstwo czy zycie "na kocia lape") byl WSTYDEM. Slub z kims z kim się jest naprawdę dopasowanym i się lubi spędzać czas z ta osoba byl rzadkoscia. 90s kids wychowywaly sie w takich domach.
I to stad wlasnie biora sie te trendy, bardziej chodzi o normalizowanie i zdejmowanie tej stygmy samotnej baby z kotami.
I oczywiscie ze jednemu bardziej bedzie sluzylo zycie w parze, innemu bycie singlem i nie ma co gloryfikowac jednego czy drugiego tak z logicznego punktu widzenia. Ale akurat to jest dosc oczywiste skad sie wzial ten trend "pro singielski".
Motyw dziedziczenia po jakieś zmarłej dalejkiej ciotce jest bardzo popularny w naszej kulturze.
Podobnie jak książki o biednych służących oddanych na całe życie do służby bogatym.
Nawet na wsiach z tego co czytałam ten odsetek ludzi po ślubie nie zbliżał się do 100%. Jeśli ktoś miał ziemię to hajtał się często z przyczyn ekonomicznych. Ale dużo kobiet bez posagu czy bez ziemi szło na służbę lub do fabryk. Niektóre uciekaly lub np. uczyly się i zostawały nauczycielkami. Tu kolejny znany motyw bezdzietnej nauczcielki.
Do małżeństw "zmuszał" dopiero czysty powojenny kapitalizm i machina urzędnicza.