- nie umiem uczyć się w innym miejscu niż w domu, nigdy nie rozumiałam nauki do zaliczeń w kawiarniach, dużych bibliotekach itd. mnie w takich miejscach wszystko rozprasza i efektywność mocno spada. W domu mogę sobie usiąść wygodnie, mieć nielimitowany dostęp do herbaty xD + nie muszę nigdzie dojeżdżać. Za kilka miesięcy kończę magisterkę i moja opinia była taka sama, gdy zaczynałam studia.
- z racji studiów dziennych, które mają napięte grafiki praktycznie do samego końca i skomplikowanej sytuacji rodzinnej, jestem na częściowym utrzymaniu faceta. Dorabiam od czasu skończenia licencjatu (w zawodzie), ale to małe pieniądze w porównaniu do pensji mojego narzeczonego. Jest mi z tym źle, mimo że on mi tego nigdy nie wypomniał, a ja po obronie mgr mam zamiar iść do pełnoetatowej pracy. Sprawy nie polepsza fakt, że jestem przeciwieństwem "kury domowej", obowiązki domowe dla mnie to katorga, a w swojej głowie uznałam, że to objaw lenistwa.
Z tego powodu trudno mi zrozumieć kobiety, które z wyboru nie pracują, dla mnie to niekomfortowa sytuacja (choć wiem, że to trudne do porównania, bo ja studiuję i dorabiam).