Powody zakończenia waszych przyjaźni
Moderatorzy: KasandraCwir, verysweetcherryRe: Powody zakończenia waszych przyjaźni
Zostało to już napisane, ale podpiszę się pod tymi słowami: ja nigdy nie odtrąciłam żadnej mojej koleżanki ze względu na dziecko, problem pojawia się wtedy, kiedy czuję długi czas, że znajomość stała się jednostronna, kiedy mimo tego, że mój stosunek, zaangażowanie się nie zmieniło, to w zamian otrzymuję skrawki uwagi, zdawkowe pytania, nawet nie odnosząc się do moich odpowiedzi, przy czym sama oczekuje, że będę na każde zawołanie, wysłuchiwać monologów o jej codzienności, angażować się w jej sprawy- właśnie przez takie zachowania czuję się takim "workiem na emocje", zapychaczem czasu, o ile go znajdzie.
Mam dla porównania inną koleżankę, która ma dwójkę dzieci, nie ma dziadków do pomocy, pracuje, dom na głowie plus dzieci mają multum zajęć dodatkowych, więc ma trochę więcej obowiązków i z jej strony nigdy nie czułam, że jestem gdzieś na szarym końcu kolejki zadań, mogę jej powiedzieć o wszystkim i zawsze z zaangażowaniem się do tematu odniesie, nigdy mnie nie zbyła. Podczas spotkania, gdzie są dzieci, u nich w domu czy u nas, nigdy nie jest tak, że pełna uwaga jest na dzieciach, a my robimy za tło, więc ja absolutnie nie skreśliłam nigdy nikogo przez to, że ma dziecko czy że trzeba się dopasować do nowej rzeczywistości i spotkania wyglądają inaczej, bo to nie dziecko samo w sobie jest "problemem", a sam stosunek jego mamy do mnie.
Mam dla porównania inną koleżankę, która ma dwójkę dzieci, nie ma dziadków do pomocy, pracuje, dom na głowie plus dzieci mają multum zajęć dodatkowych, więc ma trochę więcej obowiązków i z jej strony nigdy nie czułam, że jestem gdzieś na szarym końcu kolejki zadań, mogę jej powiedzieć o wszystkim i zawsze z zaangażowaniem się do tematu odniesie, nigdy mnie nie zbyła. Podczas spotkania, gdzie są dzieci, u nich w domu czy u nas, nigdy nie jest tak, że pełna uwaga jest na dzieciach, a my robimy za tło, więc ja absolutnie nie skreśliłam nigdy nikogo przez to, że ma dziecko czy że trzeba się dopasować do nowej rzeczywistości i spotkania wyglądają inaczej, bo to nie dziecko samo w sobie jest "problemem", a sam stosunek jego mamy do mnie.
No właśnie ja naiwnie zakładałam, ze większość kobiet tak ma. Że można, wiadomo, kochać swoje dzieci i tak dalej, ale jednak chcieć czasem wyrwać się gdzieś samej. I dlatego jestem w szoku jak teraz bardzo popularne jest to odwrotne podejście, że dziecko się za sobą ciąga dosłownie wszędzie. Nie wiem czy to jakieś pokłosie tego, że w latach 90. nasi rodzice za mało się nami zajmowali, i to znowu jakaś próba „bycia lepszym rodzicem”, czy autentyczna potrzeba bycia ciagle z dzieckiem - a jeśli to drugie, to czy to na pewno zdrowe?waltherp99 pisze: ↑pt sty 23, 2026 8:36 pm Jako ta dzieciata koleżanka marzyłam o tym by wyjść z koleżankami sam na sam, bez dziecka. Życie jest przewrotne xdd
-
waltherp99
- Koczkodan
- Posty: 100
- Rejestracja: pn mar 18, 2024 11:51 am
Jest coś w tym nadrabianiu braków ze swojego dzieciństwa. Często się zastanawiam czy aby nie za mało uwagi poświęciłam dziś dzieciom (girl, one pochłaniają całą moją uwagę, to spaczenie mózgu).
Aczkolwiek strasznie brakowało mi, teraz nadal ale już chyba przywykłam, dorosłych interakcji, bez skupiania połowy uwagi na dziecku.
Pamietam sytuację jak już moje pierwsze dziecko było większe i pzyszła w odwiedziny po południu przyjaciółka z ktorą długo się mie widziałam. Rozmawiałyśmy normalnie, szczerze, nawet udało się mi uspic dziecko i faktycznie móc z nią pogadać tak w pełni zaangażowana. Wrócił mąż z pracy i tak pół żartem pół serio mówi "piątek, 17.00, może pójdziecie sobie do XXX jak za starych czasów, ja zostanę z dzieckiem". Ja już iskra nadziei na oddech, patrzę się na tą moją przyjaciółkę i widzę to zakłopotanie, jakoś tam się wymigała. Przykre to było, bo naprawdę mega wtedy tego potrzebowałam. Już nie mamy kontaktu, wyciszył się stopniowo od tamtego momentu ale ja też przestalam wtedy zabiegać.
Także co człowiek to historia xd
Aczkolwiek strasznie brakowało mi, teraz nadal ale już chyba przywykłam, dorosłych interakcji, bez skupiania połowy uwagi na dziecku.
Pamietam sytuację jak już moje pierwsze dziecko było większe i pzyszła w odwiedziny po południu przyjaciółka z ktorą długo się mie widziałam. Rozmawiałyśmy normalnie, szczerze, nawet udało się mi uspic dziecko i faktycznie móc z nią pogadać tak w pełni zaangażowana. Wrócił mąż z pracy i tak pół żartem pół serio mówi "piątek, 17.00, może pójdziecie sobie do XXX jak za starych czasów, ja zostanę z dzieckiem". Ja już iskra nadziei na oddech, patrzę się na tą moją przyjaciółkę i widzę to zakłopotanie, jakoś tam się wymigała. Przykre to było, bo naprawdę mega wtedy tego potrzebowałam. Już nie mamy kontaktu, wyciszył się stopniowo od tamtego momentu ale ja też przestalam wtedy zabiegać.
Także co człowiek to historia xd
Jeju - najgorszy moment, który przeżyła pewnie każda z nas. Widzisz to jedno zachowanie koleżanki czy przyjaciółki czy pada z jej ust to jedno zdanie i nagle orientujesz się, że wcale się już nie kolegujecie/przyjaźnicie albo z jej strony to wyglada już inaczej.waltherp99 pisze: ↑pt sty 30, 2026 7:04 pm Ja już iskra nadziei na oddech, patrzę się na tą moją przyjaciółkę i widzę to zakłopotanie, jakoś tam się wymigała. Przykre to było, bo naprawdę mega wtedy tego potrzebowałam. Już nie mamy kontaktu, wyciszył się stopniowo od tamtego momentu ale ja też przestalam wtedy zabiegać.
-
waltherp99
- Koczkodan
- Posty: 100
- Rejestracja: pn mar 18, 2024 11:51 am
Dokładnie tak, bo dlaczego mialabyś mieć lepiej niż oni. Jest typ ludzi, którzy nie znoszą jak komuś się powodzi. Gdy sama zaczęłam odnosić sukcesy zawodowe mniejsze lub większe to byłam obiektem docinek w towarzystwie, a nawet własna matka nazwała mnie zwykłą biurwą. Ja się cieszyłam, że wszystko idzie powoli do przodu, a potem słyszałam docinki typu "co tam u Pani Dyrektor?" "jak tam Pani Minister?". W środku aż się we mnie gotowało jak można być tak zgorzkniałym.
Oj tak, sukces kończy wiele znajomości i przyjaźni. Nawet takich, wydawałoby się, na całe życie.waltherp99 pisze: ↑sob sty 31, 2026 7:51 pm Dokładnie tak, bo dlaczego mialabyś mieć lepiej niż oni. Jest typ ludzi, którzy nie znoszą jak komuś się powodzi. Gdy sama zaczęłam odnosić sukcesy zawodowe mniejsze lub większe to byłam obiektem docinek w towarzystwie, a nawet własna matka nazwała mnie zwykłą biurwą. Ja się cieszyłam, że wszystko idzie powoli do przodu, a potem słyszałam docinki typu "co tam u Pani Dyrektor?" "jak tam Pani Minister?". W środku aż się we mnie gotowało jak można być tak zgorzkniałym.
to ja ze swojej strony pogratuluje Ci budowania kuriery i trzymam za Ciebie kciukiwaltherp99 pisze: ↑sob sty 31, 2026 7:51 pm Dokładnie tak, bo dlaczego mialabyś mieć lepiej niż oni. Jest typ ludzi, którzy nie znoszą jak komuś się powodzi. Gdy sama zaczęłam odnosić sukcesy zawodowe mniejsze lub większe to byłam obiektem docinek w towarzystwie, a nawet własna matka nazwała mnie zwykłą biurwą. Ja się cieszyłam, że wszystko idzie powoli do przodu, a potem słyszałam docinki typu "co tam u Pani Dyrektor?" "jak tam Pani Minister?". W środku aż się we mnie gotowało jak można być tak zgorzkniałym.
- Juliaturczyniak
- DramaQueen
- Posty: 2578
- Rejestracja: czw gru 19, 2024 8:36 pm
Coś w tym jest, też myślałam długo, że przyjaciół poznajesz kiedy oboje macie źle i nic się nie udaje, a tak naprawdę ma ludziach poznajesz się dopiero wtedy kiedy rzeczywiście coś ci się uda, czy praca, czy założysz rodzinę, czy kupisz dom i nagle możesz zostać bez nikogo 

Mały off top…. Czy pomimo tych straconych przyjaźni, udało Wam się poznać prawdziwego przyjaciela/przyjaciółkę? Mam na myśli osobę, z którą naprawdę czujecie się swobodnie, taką osobę na dobre i złe, z którą możecie konie kraść i z którą czujecie ten wyjątkowy vibe? Jestem ciekawa czy takie przyjaźnie zdarzają się w dorosłym życiu, czy raczej macie po prostu dobrych znajomych, którzy nawet jeśli są wspierający, zawsze w tle pozostawiają jakieś „ale” lub jakiś niedosyt.
Mnie nie. Mam dwie bardzo bliskie koleżanki, takie mądre kobiety, które doradza i wesprą, ale nie ma tej bliskości, co w straconej relacji. Tylko, że ja już chyba tak się przejechałam, że granice w relacjach koleżeńskich uważam za pozytywne. Dla ex-przyjaciólki dość często byłam kołem ratunkowym, teraz moje relacje koleżeńskie są bardziej partnerskie, zrównoważone. Nikt nie oczekuje, że będę go ratować w kolejnych tarapatach. Z drugiej strony ja też nie miałabym takiej śmiałości, żeby te moje koleżanki prosić o pomoc w jakichś bardzo osobistych sprawach.
U mnie podobnie. Generalnie rozmawiamy o osobistych sprawach, ale myślę, że każda zostawia pewne kwestie tylko dla siebie. Ten aspekt nie jest dla mnie problemem, szanuję to i podobnie jak Ty, uważam, że postawienie pewnych granic jest po prostu zdrowe. Bardziej doskwiera mi dystans, który jest wyczuwalny, a którego nie umiem przeskoczyć. Brakuje mi takiego luzu, np. żeby wspólnie pojechać gdzieś na babski wyjazd, dzielić pokój, spędzać czas na luzie, czuć w tym mega swobodę. Niestety w moich relacjach jest swego rodzaju rezerwa, takie hmmm ugrzecznienie… ale może to jeszcze przyjdzie z czasem… a może jednak trzeba trafić na „swojego” człowieka.Alessa pisze: ↑sob sty 31, 2026 10:55 pm Mnie nie. Mam dwie bardzo bliskie koleżanki, takie mądre kobiety, które doradza i wesprą, ale nie ma tej bliskości, co w straconej relacji. Tylko, że ja już chyba tak się przejechałam, że granice w relacjach koleżeńskich uważam za pozytywne. Dla ex-przyjaciólki dość często byłam kołem ratunkowym, teraz moje relacje koleżeńskie są bardziej partnerskie, zrównoważone. Nikt nie oczekuje, że będę go ratować w kolejnych tarapatach. Z drugiej strony ja też nie miałabym takiej śmiałości, żeby te moje koleżanki prosić o pomoc w jakichś bardzo osobistych sprawach.
A to my czasami wyjeżdżamy i jest bardzo super. Powiem więcej, taki wyjazd pomaga przełamać lody. Ten dystans objawia się raczej tym, że np. żadna z nas nie poprosiłaby innej o pożyczkę.agrej pisze: ↑sob sty 31, 2026 11:36 pm U mnie podobnie. Generalnie rozmawiamy o osobistych sprawach, ale myślę, że każda zostawia pewne kwestie tylko dla siebie. Ten aspekt nie jest dla mnie problemem, szanuję to i podobnie jak Ty, uważam, że postawienie pewnych granic jest po prostu zdrowe. Bardziej doskwiera mi dystans, który jest wyczuwalny, a którego nie umiem przeskoczyć. Brakuje mi takiego luzu, np. żeby wspólnie pojechać gdzieś na babski wyjazd, dzielić pokój, spędzać czas na luzie, czuć w tym mega swobodę. Niestety w moich relacjach jest swego rodzaju rezerwa, takie hmmm ugrzecznienie… ale może to jeszcze przyjdzie z czasem… a może jednak trzeba trafić na „swojego” człowieka.
Gdy najbliższa mi osoba z rodziny umierała w szpitalu, a ja się bałam i chciałam pogadać, to dostałam odpowiedź, że mój przyjaciel odezwie się "kiedyś tam", bo jakaś dziewczyna poznana przez neta go zablokowała. Nie zainteresował się w żaden sposób później. Nawet nie wie, że ta bliska mi osoba niestety umarła. Po kilkunastu latach znajomości, gdzie to on był priorytetem, a ja byłam osobą, która swoje problemy odkładała na bok, żeby omówić jego, to mi ręce opadły. Już dłużej nie chciałam się czuć ignorowana, dłużej już nie chciałam słuchać tych samych tłumaczeń. Żadne rozmowy nie pomogły, a wręcz upewniłam się w przekonaniu, że ta osoba nie chce pomocy, nie chce logicznego rozwiązania, nie chce być wsparciem dla kogoś innego. Bo jak mam słuchać, że to "za duże wymagania", gdy mówię, że fajnie byłoby, gdyby czasem zapytał co tam u mnie, to chyba nie było warto.
Nie mam dużego żalu, życzę mu dobrze, ale nie chciałabym już dłużej kontynuować tej znajomości. I tak długo się starałam.
Współczuję, że w tak trudnym dla Ciebie momencie, nie otrzymałaś wsparcia, na które zasługiwałaśHeyJude pisze: ↑śr lut 04, 2026 2:59 pm Gdy najbliższa mi osoba z rodziny umierała w szpitalu, a ja się bałam i chciałam pogadać, to dostałam odpowiedź, że mój przyjaciel odezwie się "kiedyś tam", bo jakaś dziewczyna poznana przez neta go zablokowała. Nie zainteresował się w żaden sposób później. Nawet nie wie, że ta bliska mi osoba niestety umarła. Po kilkunastu latach znajomości, gdzie to on był priorytetem, a ja byłam osobą, która swoje problemy odkładała na bok, żeby omówić jego, to mi ręce opadły. Już dłużej nie chciałam się czuć ignorowana, dłużej już nie chciałam słuchać tych samych tłumaczeń. Żadne rozmowy nie pomogły, a wręcz upewniłam się w przekonaniu, że ta osoba nie chce pomocy, nie chce logicznego rozwiązania, nie chce być wsparciem dla kogoś innego. Bo jak mam słuchać, że to "za duże wymagania", gdy mówię, że fajnie byłoby, gdyby czasem zapytał co tam u mnie, to chyba nie było warto.Nie mam dużego żalu, życzę mu dobrze, ale nie chciałabym już dłużej kontynuować tej znajomości. I tak długo się starałam.
Dziękuję Ci, bardzo doceniam.
ja pier....aż się zdenerwowałam.HeyJude pisze: ↑śr lut 04, 2026 2:59 pm Gdy najbliższa mi osoba z rodziny umierała w szpitalu, a ja się bałam i chciałam pogadać, to dostałam odpowiedź, że mój przyjaciel odezwie się "kiedyś tam", bo jakaś dziewczyna poznana przez neta go zablokowała. Nie zainteresował się w żaden sposób później. Nawet nie wie, że ta bliska mi osoba niestety umarła. Po kilkunastu latach znajomości, gdzie to on był priorytetem, a ja byłam osobą, która swoje problemy odkładała na bok, żeby omówić jego, to mi ręce opadły. Już dłużej nie chciałam się czuć ignorowana, dłużej już nie chciałam słuchać tych samych tłumaczeń. Żadne rozmowy nie pomogły, a wręcz upewniłam się w przekonaniu, że ta osoba nie chce pomocy, nie chce logicznego rozwiązania, nie chce być wsparciem dla kogoś innego. Bo jak mam słuchać, że to "za duże wymagania", gdy mówię, że fajnie byłoby, gdyby czasem zapytał co tam u mnie, to chyba nie było warto.Nie mam dużego żalu, życzę mu dobrze, ale nie chciałabym już dłużej kontynuować tej znajomości. I tak długo się starałam.
Jak można być taką świnią i zostawić kogoś w takim momencie. Okropność i nigdy tego nie zrozumiem.
Mam nadzieję, że dziś już wszystko ok i poradziłaś sobie ze stratą. Spotkała Cię taka straszna rzecz i jeszcze zero wsparcia.
Tak w ogóle to jak ostatnio gadam z ludźmi to ogrom ludzi została wystawiona do wiatru przez najlepszych przyjaciół w momencie śmierci kogoś bliskiego. Mnie samą też spotkała podobna syatucja do Twojej, nawet w tym wątku o tym pisałam, tylko ja zostałam całkiem olana, nawet nie uznała za stosowne jakkolwiek to wyjaśnić czy się wykręcić tylko mnie po prostu zghostowała...
Chciałam na to dać inną perspektywę: a dałaś tej osobie znać, że potrzebujesz pomocy/uwagi/obecności? Bo może ta osoba nie wie jak się zachować w tej sytuacji i dała Ci przestrzeń oraz przeżycie tego w ciszy?
Tak jak opisałam w poście na drugiej stronie tego wątku - pisałam i dzwoniłam ale moje wiadomości zostały bez odpowiedzi. Co jeszcze powinnam była Twoim zdaniem zrobić by dać znać wystarczajaco?
po prostu zadałam dodatkowe pytanie jak to wyglądało, bo może druga strona to widziała inaczej. Jeśli dałaś wprost do zrozumienia, że potrzebujesz wsparcia to ta osoba w takim razie nie dojrzała to prawdziwej obustronnej przyjaźni.
Na pewnoHeyJude pisze: ↑śr lut 04, 2026 6:42 pm Dziękuję Ci, bardzo doceniam.Tak, akurat z tego się cieszę, że już sobie odpuściłam łudzenie, że on się jeszcze ogarnie. Gdyby nie to, to pewnie byśmy nadal mieli kontakt, bo mi naprawdę jest ciężko odpuszczać tych, na których mi zależy. Na szczęście świat jest pełen ludzi i wierzę, że jeszcze na kogoś wartościowego trafię. :D
Z jednej strony ja też się zdenerwowałam, a z drugiej próbowałam go też trochę tłumaczyć, bo ma dużo swoich problemów na głowie i też nie mógł wiedzieć, że ona odejdzie, bo ja sama w tamtym momencie jeszcze liczyłam na cud, dlatego też próbowałam porozmawiać z nim, ale rozmowa sprawiła, że straciłam resztki sympatii.PEONIA pisze: ↑śr lut 04, 2026 7:15 pm ja pier....aż się zdenerwowałam.
Jak można być taką świnią i zostawić kogoś w takim momencie. Okropność i nigdy tego nie zrozumiem.
Mam nadzieję, że dziś już wszystko ok i poradziłaś sobie ze stratą. Spotkała Cię taka straszna rzecz i jeszcze zero wsparcia.
Tak w ogóle to jak ostatnio gadam z ludźmi to ogrom ludzi została wystawiona do wiatru przez najlepszych przyjaciół w momencie śmierci kogoś bliskiego. Mnie samą też spotkała podobna syatucja do Twojej, nawet w tym wątku o tym pisałam, tylko ja zostałam całkiem olana, nawet nie uznała za stosowne jakkolwiek to wyjaśnić czy się wykręcić tylko mnie po prostu zghostowała...
Właśnie odszukałam sobie Twój komentarz. Naprawdę mi przykro, że i Ciebie to spotkało.
To jest ciekawa sprawa. Może ludzie czasem nie do końca wiedzą, jak się zachować w takiej sytuacji, może ktoś się boi, że się będzie narzucał i powie coś, czego nie powinien? Ale zwykłe pytanie, czy czegoś się nie potrzebuje lub czy akurat można coś dla kogoś zrobić to nie jest moim zdaniem jakoś wiele, a dla osoby w potrzebie może znaczyć bardzo dużo. Mi by wystarczyło, szczerze mówiąc. Myślę, że nawet gdyby Twoja koleżanka Ci napisała, że to jest dla niej zbyt ciężki temat, jakkolwiek się wytłumaczyła czy coś, to byłoby bardziej okej niż tak zghostować. Po tylu latach przyjaźni to zero klasy. Nie dość, że musisz przechodzić jedną stratę, to do tego jeszcze strata przyjaciółki. Trochę dokładanie komuś dodatkowych problemów do i tak ciężkiej sytuacji.
- patryktarachon
- Mokra Włoszka
- Posty: 65
- Rejestracja: pt sty 30, 2026 9:49 pm
- Instagram: patryktarachon
Moim zdaniem szkolne przyjaźnie często kończą się, bo ludzie zmieniają się i idą różnymi ścieżkami życiowymi. Zmiana zainteresowań, kierunku studiów czy pracy powoduje naturalne oddalenie. Myślę, że część relacji opierała się na wspólnym środowisku, które po szkole przestaje istnieć. Uważam, że to normalny proces i nie oznacza, że przyjaźnie były nieważne.
Kiedyś dużo chodziłam na imprezy techno i na jednej poznałam jedna dziewczynę. Super sie bawiłyśmy, fajnie nam sie gadało. Dodam, ze ona jako powierzchowna, luźna znajomość jest bardzo sympatyczna, wygadana, ekstrawertyczna, łatwo nawiązuje kontakty. Spędzałyśmy razem coraz więcej czasu i zostałyśmy przyjaciółkami.
Poznała typa. Początki jak w raju, ale typ miał problem z używkami, ona tez lubiła się napić i zaczęły sie dramy. O których musialam godzinami wysłuchiwać. No ale wspierałam. Przyszedł taki moment, ze on pojawiał sie na prawie każdym naszym spotkaniu, upijał sie i dostawał agresora (np zrobil mi drame, ze go oszukałam przy płaceniu rachunku). Musiałam godzinami wysluchiwac o ich rozstaniach i powrotach, w koncu jasno powiedziałam, ze nie chce żeby przychodził. Ale i tak, umawialysmy się na spotkanie we dwie a on nagle wyskakiwał jak filip z Konopii. W koncu kiedy raz zadzwoniła do mnie, zeby mnie namówić na imprezę techno w TROJKE powiedziałam jej bardzo dosadnie. Obraziła się na mnie na amen. Na kilka miesiecy
Poczym odezwała sie, zerwala z typem. Pomyślałam, ze odnowimy kontakt, to był naprawdę chory psychol i uznałam, ze miał na nia zły wpływ. Ale kiedy sie spotkalysmy nie usłyszałam żadnych wyjaśnień ani najmniejszego przepraszam, za to pretensje, ze jak mogłam być tak niewspierajaca itp. I tak, zignorowałam ten red flag
Nasza znajomość trwała następne kilka lat. I generalnie okazała sie być zupełnie inna osoba. Ona nigdy nie przepraszała, za nic, kiedy sprawiła przykrość, to albo odwracała kota ogonem, zwalała wine na ciebie, obrażała sie. Kiedyś zachowała sie mega chamsko i po konfrontacji powiedziałam tylko "masz plamę na kolanie". Nigdy nie słuchała. Ta jej gadatliwośc eskalowala tak, ze potrafiła przerwać mi w pol zdania mowiac cos zupełnie innego, of kors o sobie. Traktowała wszystko co mam jak swoja własność, od rzeczy osobistych, pieniędzy, po ludzi w moim otoczeniu (kiedy znala kogos z moich znajomych choćby z widzenia uznawała z gory, ze tez jest zaproszona na spotkanie). Przykleiła sie do mojego bardzo dobrego kumpla i zaczęli się spotykać, mimo ze byl od niej o 13 lat młodszy. Ona byla taka troche dzidzia piernik, 40 lat, styl ubierania i zachowania jak nastolatka. Najpierw byla Wielka miłość, ale potem znowu drama za drama, bo wiek nie był Ich jedyna różnica, pasowali do siebie jak świni kapelusz i nie potrafili tego zrozumiec, wiec niekończące sie rozstania i powroty, o których musialam bez przerwy sluchac. Tym razem od obu stron. Wtedy mialam juz dosyć. Ale zakończyłam ta znajomość dopiero po jednej akcji, po której juz powiedzialam adios. Wyszliśmy w trójkę na piwo, bylo po wakacjach, każdy miał dużo newsów do podzielenia sie, ja wróciłam z urlopu w Polsce, kolega spędził miesiąc w tropikach, ona po kilku latach odeszła z pracy. Rozmowa wiec nie toczyła sie tylko o niej. Spotkaliśmy jakiegos samotnego podróżnika i zgadywaliśmy kto ile ma lat i ten facet powiedzial do niej (mysle, ze ty jesteś najstarsza). Nie powiedzial tego w żadnym złośliwym tonie, po prostu to bylo naturalne, ze jak stała obok osob młodszych o dekadę, to po prostu widac. Odwróciła sie na piecie i poszła w ciemna noc. Ten kolega ruszył za nia. Zrobiła mu dzika awanturę, za to, ze za mało byla w centrum uwagi, on jej następnego dnia przywiózł kwiaty przeprosinowe... Na mnie sie obraziła. Tez za ten brak centrum uwagi, ale i za to, ze ten typ powiedzial, ze jest stara, a ze mna flirtował. Wymiksowalam sie z tego poebanego towarzystwa
Poznała typa. Początki jak w raju, ale typ miał problem z używkami, ona tez lubiła się napić i zaczęły sie dramy. O których musialam godzinami wysłuchiwać. No ale wspierałam. Przyszedł taki moment, ze on pojawiał sie na prawie każdym naszym spotkaniu, upijał sie i dostawał agresora (np zrobil mi drame, ze go oszukałam przy płaceniu rachunku). Musiałam godzinami wysluchiwac o ich rozstaniach i powrotach, w koncu jasno powiedziałam, ze nie chce żeby przychodził. Ale i tak, umawialysmy się na spotkanie we dwie a on nagle wyskakiwał jak filip z Konopii. W koncu kiedy raz zadzwoniła do mnie, zeby mnie namówić na imprezę techno w TROJKE powiedziałam jej bardzo dosadnie. Obraziła się na mnie na amen. Na kilka miesiecy
Poczym odezwała sie, zerwala z typem. Pomyślałam, ze odnowimy kontakt, to był naprawdę chory psychol i uznałam, ze miał na nia zły wpływ. Ale kiedy sie spotkalysmy nie usłyszałam żadnych wyjaśnień ani najmniejszego przepraszam, za to pretensje, ze jak mogłam być tak niewspierajaca itp. I tak, zignorowałam ten red flag
Nasza znajomość trwała następne kilka lat. I generalnie okazała sie być zupełnie inna osoba. Ona nigdy nie przepraszała, za nic, kiedy sprawiła przykrość, to albo odwracała kota ogonem, zwalała wine na ciebie, obrażała sie. Kiedyś zachowała sie mega chamsko i po konfrontacji powiedziałam tylko "masz plamę na kolanie". Nigdy nie słuchała. Ta jej gadatliwośc eskalowala tak, ze potrafiła przerwać mi w pol zdania mowiac cos zupełnie innego, of kors o sobie. Traktowała wszystko co mam jak swoja własność, od rzeczy osobistych, pieniędzy, po ludzi w moim otoczeniu (kiedy znala kogos z moich znajomych choćby z widzenia uznawała z gory, ze tez jest zaproszona na spotkanie). Przykleiła sie do mojego bardzo dobrego kumpla i zaczęli się spotykać, mimo ze byl od niej o 13 lat młodszy. Ona byla taka troche dzidzia piernik, 40 lat, styl ubierania i zachowania jak nastolatka. Najpierw byla Wielka miłość, ale potem znowu drama za drama, bo wiek nie był Ich jedyna różnica, pasowali do siebie jak świni kapelusz i nie potrafili tego zrozumiec, wiec niekończące sie rozstania i powroty, o których musialam bez przerwy sluchac. Tym razem od obu stron. Wtedy mialam juz dosyć. Ale zakończyłam ta znajomość dopiero po jednej akcji, po której juz powiedzialam adios. Wyszliśmy w trójkę na piwo, bylo po wakacjach, każdy miał dużo newsów do podzielenia sie, ja wróciłam z urlopu w Polsce, kolega spędził miesiąc w tropikach, ona po kilku latach odeszła z pracy. Rozmowa wiec nie toczyła sie tylko o niej. Spotkaliśmy jakiegos samotnego podróżnika i zgadywaliśmy kto ile ma lat i ten facet powiedzial do niej (mysle, ze ty jesteś najstarsza). Nie powiedzial tego w żadnym złośliwym tonie, po prostu to bylo naturalne, ze jak stała obok osob młodszych o dekadę, to po prostu widac. Odwróciła sie na piecie i poszła w ciemna noc. Ten kolega ruszył za nia. Zrobiła mu dzika awanturę, za to, ze za mało byla w centrum uwagi, on jej następnego dnia przywiózł kwiaty przeprosinowe... Na mnie sie obraziła. Tez za ten brak centrum uwagi, ale i za to, ze ten typ powiedzial, ze jest stara, a ze mna flirtował. Wymiksowalam sie z tego poebanego towarzystwa
To może ja opowiem
Dwie kolezanki od przedszkola. Jedną uważałam za przyjaciółkę.
Po 30 latach czyli dlugo nie zauważyłam że jestem w jakiś sposób wykorzystywana, odcięłam się od nich.
W skrócie przyjaciólka tylko czerpała wiadomości dzieliła się tym z mężem sama nic nie dając . Nigdy nic nie dała z siebie. A gdy dowiedziałam się że wszystko co mówię jest u nich potem wiadomością dnia, zachwiało to moim zaufaniem. Wtedy też już nie przyjaciółka miala plan z mężem mnie upić. Dolewali mi alkohol mimo że nie skończyłam drinka. Gdy ona już była konkretnie pijana on jej pomagał w kuchni mieszać mi drinki. Takze nie wiem już co piłam. Po 5 godzinach wtedy moj narzeczony widząc co się dzieje zabral mnie do domu. Na drugi dzień pseudo przyjaciółka napisała wiadomość ze się pokłocilysmy. Zastanawiam się jak skoro ledwo stała na nogach i belkotała ale ok.
Druga kolezanka tu problem jest możliwe że prostszy. Ona zawsze wbijała mi szpile i mowiła że to ja jestem dziwna. Komentowała wszystko. Od balonów że dziecinnie bo nowe mieszkanie że teraz to jestem miastowa. Mam wrażenie że całe życie ze mnie drwiła a ja tego nie widziałam. Moja siostra mnie uświadomiła na panieńskim co ona mowi.
Jedna ma kruche ego druga jest chyba dwulicowa.
Dodam że oczywiście zawsze ja zapraszałam i organizowałam spotkania. Obie miały nawet panieński przeze mnie zrobiony.
Czasami widać trzeba przejrzeć na oczy , ze ktoś chce cie utopić w alkoholu a druga osoba moze chciała tylko rozrywki.
Dodam , ze jestem osobą chorą od urodzenia. Pewnie byłam ciekawym kąskiem przez te lata.
Myślę że pogorszyło się ich zachowanie kiedy dowiedziały się że też bede mieć męża. Pewnie wcześniej czuły się lepsze.
Obecnie mam przyjaciela . Męsko-damska przyjaźń istnieje.
Dwie kolezanki od przedszkola. Jedną uważałam za przyjaciółkę.
Po 30 latach czyli dlugo nie zauważyłam że jestem w jakiś sposób wykorzystywana, odcięłam się od nich.
W skrócie przyjaciólka tylko czerpała wiadomości dzieliła się tym z mężem sama nic nie dając . Nigdy nic nie dała z siebie. A gdy dowiedziałam się że wszystko co mówię jest u nich potem wiadomością dnia, zachwiało to moim zaufaniem. Wtedy też już nie przyjaciółka miala plan z mężem mnie upić. Dolewali mi alkohol mimo że nie skończyłam drinka. Gdy ona już była konkretnie pijana on jej pomagał w kuchni mieszać mi drinki. Takze nie wiem już co piłam. Po 5 godzinach wtedy moj narzeczony widząc co się dzieje zabral mnie do domu. Na drugi dzień pseudo przyjaciółka napisała wiadomość ze się pokłocilysmy. Zastanawiam się jak skoro ledwo stała na nogach i belkotała ale ok.
Druga kolezanka tu problem jest możliwe że prostszy. Ona zawsze wbijała mi szpile i mowiła że to ja jestem dziwna. Komentowała wszystko. Od balonów że dziecinnie bo nowe mieszkanie że teraz to jestem miastowa. Mam wrażenie że całe życie ze mnie drwiła a ja tego nie widziałam. Moja siostra mnie uświadomiła na panieńskim co ona mowi.
Jedna ma kruche ego druga jest chyba dwulicowa.
Dodam że oczywiście zawsze ja zapraszałam i organizowałam spotkania. Obie miały nawet panieński przeze mnie zrobiony.
Czasami widać trzeba przejrzeć na oczy , ze ktoś chce cie utopić w alkoholu a druga osoba moze chciała tylko rozrywki.
Dodam , ze jestem osobą chorą od urodzenia. Pewnie byłam ciekawym kąskiem przez te lata.
Myślę że pogorszyło się ich zachowanie kiedy dowiedziały się że też bede mieć męża. Pewnie wcześniej czuły się lepsze.
Obecnie mam przyjaciela . Męsko-damska przyjaźń istnieje.