Przeczytałam wasze odpowiedzi i doceniam moje strony. Pochodzę z miasteczka ok. 10k. Wyprowadziłam się na studia, po obronie wróciłam, bo choć korzystałam z wygód dużego miasta, pewne rzeczy były dla mnie nie do przeskoczenia - 2 godziny dziennie w dojazdach (nie dało się zejść poniżej 30-40min w jedną stronę bez auta, nieważne gdzie bym jechała), ciągłe przeprowadzki - choć tu pewnie miałam pecha, bo mam znajomych, którzy w jednym miejscu mieszkali po kilka lat bez przerwy - a co za tym idzie wieczna anonimowość w lokalnej społeczności.
Czytając Wasze komentarze czuję się bardzo uprzywilejowana - choć miasteczko nie jest duże, mamy dobrze funkcjonujący ośrodek kultury, a w nim wydarzenia teatralne, koncerty, kino, nawet cykliczne wydarzenia sztuk wizualnych - malarskie wystawy tematyczne albo wernisaże małych lokalnych artystów

W mieście funkcjonuje parę punktów gastronomicznych, chociaż mają trochę małomiasteczkowy klimat (można zjeść prawdziwą pizzę polską jak w 2010), ale jest też chińczyk, jakieś kebaby, tradycyjne cukiernie i lodziarnie i nawet mamy własną kawiarnię (z faktycznie dobrą kawą/speciality). Do tego dwie siłownie, nieduże jezioro - da się żyć. Brakuje mi pubu z bilardem i basenu oraz więcej wydarzeń kulturowych dla młodych dorosłych, ale to do przejścia. No i potańcówek! Jest jeden klub ale możecie sobie wyobrazić jak to wygląda xd W dużym mieście jest wybór, raczej są miejsca dla młodszych, dla starszych, z różną muzyką i imprezy tematyczne. Lubię tańczyć ale atmosfera w tych klubach małomiasteczkowych to często patologia i mix licealistów z 50-latkami. Samo miasto priorytetyzuje rodziny z dziećmi po prostu.
Z pracą jest różnie, w okolicy jest większe miasto oferujące więcej ofert, ale trzeba być albo pracownikiem fizycznym sprzątanie/magazyn/produkcja, albo specjalistycznie wykształconym. W samym mieście średnio, natomiast obok jest miasto 100k, gdzie już łatwiej - a dojechać 15km to nic. Pisząc o tym, czego mnie nauczyło małe miasto, to świadomość, że ja nie potrafię funkcjonować zdrowo bez swojej "wioski", wiecie, idę na rynek i poznaję pana, który znał mojego dziadka ze szkoły i podzieli się wspomnieniem, pani w warzywniaku odłoży mi truskawki, a koleżanka mojej mamy w recepcji u lekarza wybłaga dodatkowego pacjenta, znajoma ze szkoły w kawiarni ukroi więcej ciasta i można tego mnożyć i mnożyć. Paradoksalnie mając mniej znajomych tu, czuję się dużo mniej samotna. No i do tego kontakt z naturą, cisza i poczucie że czas płynie wolnej, ma się więcej czasu po prostu - bezcenne nawet kosztem przyjemności które oferuje duże miasto