Do rzeczy - mam przyjaciela od liceum, teraz oboje kończymy studia - za nami dobre dziesięć lat przyjaźni. Nigdy to nie był dla mnie nikt ponad to - nie postrzegałam go nijak romantycznie, niespecjalnie mi się podobał (nie że brzydki - nie mój typ wtedy), ale kumpel był z niego top. W tym czasie przewinęły się u mnie różne relacje, związki, randkowania - on wtedy służył mi zawsze wsparciem i radą, zarazem on cały ten okres był singlem, wiem tylko że coś tam randkował, ktoś mu się podobał, ale bez konkretów i niechętnie o tym mówił. Teraz jestem singielką od jakiegoś czasu, a z tym przyjacielem rozmawiam codziennie, głównie piszemy, czasem w coś pogramy ale od dawna nie widzieliśmy się jeden na jeden.
Kilka miesięcy temu wyszliśmy razem ze znajomymi do baru i był to punkt zwrotny dla mnie: złapałam się na tym, że jakoś mi zależy na jego uwadze bardziej niż do tej pory, zrobiłam się trochę "terytorialna" wobec niego i od tamtej pory zastanawiam się, a moje uczucia(?) jakby narastają. Fajny, rozsądny chłopak, mamy podobne ogólne wartości i ma wachlarz cech, których szukam u faceta, a na które kiedyś byłam ślepa, bo musiałam przejść swoje i jakichś toksyków, no i zwyczajnie byliśmy młodsi. Przy okazji własnych rozważań uświadomiłam sobie, że nie wyobrażam sobie mojego życia bez niego tak naprawdę i tu moje pytanie - czy któraś z was doświadczyła takiego emocjonalnego przebudzenia po wielu latach przyjaźni albo czy może macie pomysł jak podejść do takiej delikatnej sprawy? a może ktoś z was był w czymś takim i może okazało się to romantyczną projekcją, bo jesteście samotne xdd? bo coś takiego również biorę pod uwagę. Chętnie wysłucham waszej opinii