O matko, okropna i przykra historia, ciary przechodzą..Robalka12090 pisze: ↑pt sty 16, 2026 5:26 pm Pięć lat temu wynajmowałam niewielką kawalerkę od starszej pani. Na początku wydawała się zupełnie niegroźna, wręcz budziła współczucie. Opowiadała, że jest samotna, bezdzietna, że po śmierci rodziców przeprowadziła się do ich mieszkania, a kawalerkę wynajmuje tylko po to, żeby mieć z czego żyć.
Czynsz płaciłam gotówką. Początkowo przychodziła po pieniądze osobiście, ale wizyty zawsze się przeciągały, bo potrafiła siedzieć kilka godzin, opowiadając w kółko te same historie. Z czasem zaczęło mnie to męczyć, więc ustaliłyśmy, że będę zostawiać pieniądze w kopercie w skrzynce na listy. Ona miała je odbierać tego samego dnia.
Żeby wejść na klatkę, trzeba było wpisać kod, a domofon w moim mieszkaniu wydawał charakterystyczny dźwięk. Dzięki temu zawsze wiedziałam, kiedy przychodzi. I właśnie wtedy zaczęło mnie coś niepokoić.
Kobieta pojawiała się o absurdalnych porach - drugiej, trzeciej w nocy. Czasem domofon dzwonił nawet wtedy, gdy żadnej koperty nie zostawiałam. Zaspana tłumaczyłam to sobie racjonalnie: może kody do drzwi są podobne, może ktoś się pomylił.
Mieszkanie było na ostatnim piętrze. Od klatki schodowej oddzielała je dodatkowa krata zamykana na klucz, zapewne dla bezpieczeństwa. Pewnej nocy siedziałam do późna nad magisterką, więc byłam w pełni przytomna, kiedy znów usłyszałam dźwięk domofonu. Tym razem nie zignorowałam go. Po kilku minutach poczułam dziwne wrażenie, że ktoś jest na piętrze. Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez wizjer, myśląc, że to może sąsiad wracający z imprezy albo z nocnej zmiany.
Zobaczyłam ją. Stała przy kracie. Nieruchomo. Patrzyła w przestrzeń. Stała tak dobre trzydzieści minut. Potem po prostu wyszła.
Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Za każdym razem mój niepokój rósł. Zapytałam ją o to przy pierwszym osobistym spotkaniu, ale zaprzeczyła żeby to ona przychodziła. Później tłumaczyła to problemami ze snem i nocnymi spacerami dla zabicia czasu oraz że przychodzi w nocy do piwnicy posprzątać, a na piętro zagląda czy wszystko jest w porządku z mieszkaniem. Wydawało mi się to dziwne, ale wiele razy wcześniej wręcz maniakalnie wypytywała czy wszystko z mieszkaniem jest w porządku, więc machnęłam na to ręką. Pomyślałam, że może przychodzi do bloku licząc na to, że wpadnie na stare znajome i nie będzie czuć się tak samotnie w tej bezsenności.
W tym samym okresie zaczęłam nowy związek, więc postanowiłam wypowiedzieć mieszkanie i zamieszkać z partnerem. Właścicielka była wyraźnie smutna, ale lokalizacja była świetna. Byłam pewna, że szybko znajdzie nową najemczynię. Chcąc jej pomóc, wrzuciłam ogłoszenie na lokalne grupy. Odezwała się młoda dziewczyna, studentka. Podałam jej numer właścicielki, uprzedziłam o jej dziwnym zachowaniu i na tym temat się dla mnie zamknął. Cena mieszkania i lokalizacja były zbyt atrakcyjne, żeby ktokolwiek przejmował się dziwnymi nocnymi odwiedzinami tej kobiety.
Niecały rok później odebrałam telefon z policji. Powiedziano mi, że jestem wzywana na świadka w sprawie o morderstwo. Byłam przekonana, że to jakaś pomyłka. Na przesłuchaniu dowiedziałam się, że kilka dni wcześniej właścicielka weszła nocą do mieszkania i zabiła nożem tę dziewczynę. Później wyszło na jaw, że chorowała na schizofrenię. Że wbrew temu, co mówiła, miała córkę - ale córka bała się matki i rzadko ją odwiedzała. Biegli stwierdzili, że była to kwestia czasu jak kogoś zaatakuje w swoich epizodach manii.
Do dziś noszę w sobie poczucie winy. Że podałam tamtej dziewczynie numer telefonu. Że pomogłam w znalezieniu mieszkania. I ciągle wraca do mnie jedno pytanie, którego nie da się już sprawdzić: co by było, gdybym została tam dłużej?
wasze true crime
Moderator: verysweetcherry-
annakozak123
- SushiAddict
- Posty: 827
- Rejestracja: ndz sie 04, 2024 8:39 pm
Re: wasze true crime
O ja pie*****. Jedna z najmocniejszych historii tutaj.. jedynie chciałam Ci powiedziec, że nie mogłaś tego przewidzieć i to nie jest w żadnym wypadku Twoja wina. Przecież sama byś stamtąd wiała w popłochu, gdybyś miała cień podejrzeń co się może stać. Ale rozumiem, jak Ci z tym ciężko:(Robalka12090 pisze: ↑pt sty 16, 2026 5:26 pm Pięć lat temu wynajmowałam niewielką kawalerkę od starszej pani. Na początku wydawała się zupełnie niegroźna, wręcz budziła współczucie. Opowiadała, że jest samotna, bezdzietna, że po śmierci rodziców przeprowadziła się do ich mieszkania, a kawalerkę wynajmuje tylko po to, żeby mieć z czego żyć.
Czynsz płaciłam gotówką. Początkowo przychodziła po pieniądze osobiście, ale wizyty zawsze się przeciągały, bo potrafiła siedzieć kilka godzin, opowiadając w kółko te same historie. Z czasem zaczęło mnie to męczyć, więc ustaliłyśmy, że będę zostawiać pieniądze w kopercie w skrzynce na listy. Ona miała je odbierać tego samego dnia.
Żeby wejść na klatkę, trzeba było wpisać kod, a domofon w moim mieszkaniu wydawał charakterystyczny dźwięk. Dzięki temu zawsze wiedziałam, kiedy przychodzi. I właśnie wtedy zaczęło mnie coś niepokoić.
Kobieta pojawiała się o absurdalnych porach - drugiej, trzeciej w nocy. Czasem domofon dzwonił nawet wtedy, gdy żadnej koperty nie zostawiałam. Zaspana tłumaczyłam to sobie racjonalnie: może kody do drzwi są podobne, może ktoś się pomylił.
Mieszkanie było na ostatnim piętrze. Od klatki schodowej oddzielała je dodatkowa krata zamykana na klucz, zapewne dla bezpieczeństwa. Pewnej nocy siedziałam do późna nad magisterką, więc byłam w pełni przytomna, kiedy znów usłyszałam dźwięk domofonu. Tym razem nie zignorowałam go. Po kilku minutach poczułam dziwne wrażenie, że ktoś jest na piętrze. Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez wizjer, myśląc, że to może sąsiad wracający z imprezy albo z nocnej zmiany.
Zobaczyłam ją. Stała przy kracie. Nieruchomo. Patrzyła w przestrzeń. Stała tak dobre trzydzieści minut. Potem po prostu wyszła.
Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Za każdym razem mój niepokój rósł. Zapytałam ją o to przy pierwszym osobistym spotkaniu, ale zaprzeczyła żeby to ona przychodziła. Później tłumaczyła to problemami ze snem i nocnymi spacerami dla zabicia czasu oraz że przychodzi w nocy do piwnicy posprzątać, a na piętro zagląda czy wszystko jest w porządku z mieszkaniem. Wydawało mi się to dziwne, ale wiele razy wcześniej wręcz maniakalnie wypytywała czy wszystko z mieszkaniem jest w porządku, więc machnęłam na to ręką. Pomyślałam, że może przychodzi do bloku licząc na to, że wpadnie na stare znajome i nie będzie czuć się tak samotnie w tej bezsenności.
W tym samym okresie zaczęłam nowy związek, więc postanowiłam wypowiedzieć mieszkanie i zamieszkać z partnerem. Właścicielka była wyraźnie smutna, ale lokalizacja była świetna. Byłam pewna, że szybko znajdzie nową najemczynię. Chcąc jej pomóc, wrzuciłam ogłoszenie na lokalne grupy. Odezwała się młoda dziewczyna, studentka. Podałam jej numer właścicielki, uprzedziłam o jej dziwnym zachowaniu i na tym temat się dla mnie zamknął. Cena mieszkania i lokalizacja były zbyt atrakcyjne, żeby ktokolwiek przejmował się dziwnymi nocnymi odwiedzinami tej kobiety.
Niecały rok później odebrałam telefon z policji. Powiedziano mi, że jestem wzywana na świadka w sprawie o morderstwo. Byłam przekonana, że to jakaś pomyłka. Na przesłuchaniu dowiedziałam się, że kilka dni wcześniej właścicielka weszła nocą do mieszkania i zabiła nożem tę dziewczynę. Później wyszło na jaw, że chorowała na schizofrenię. Że wbrew temu, co mówiła, miała córkę - ale córka bała się matki i rzadko ją odwiedzała. Biegli stwierdzili, że była to kwestia czasu jak kogoś zaatakuje w swoich epizodach manii.
Do dziś noszę w sobie poczucie winy. Że podałam tamtej dziewczynie numer telefonu. Że pomogłam w znalezieniu mieszkania. I ciągle wraca do mnie jedno pytanie, którego nie da się już sprawdzić: co by było, gdybym została tam dłużej?
Ostatnio zmieniony pt sty 16, 2026 5:48 pm przez Hinata99, łącznie zmieniany 1 raz.
O matko....Robalka12090 pisze: ↑pt sty 16, 2026 5:26 pm Pięć lat temu wynajmowałam niewielką kawalerkę od starszej pani. Na początku wydawała się zupełnie niegroźna, wręcz budziła współczucie. Opowiadała, że jest samotna, bezdzietna, że po śmierci rodziców przeprowadziła się do ich mieszkania, a kawalerkę wynajmuje tylko po to, żeby mieć z czego żyć.
Czynsz płaciłam gotówką. Początkowo przychodziła po pieniądze osobiście, ale wizyty zawsze się przeciągały, bo potrafiła siedzieć kilka godzin, opowiadając w kółko te same historie. Z czasem zaczęło mnie to męczyć, więc ustaliłyśmy, że będę zostawiać pieniądze w kopercie w skrzynce na listy. Ona miała je odbierać tego samego dnia.
Żeby wejść na klatkę, trzeba było wpisać kod, a domofon w moim mieszkaniu wydawał charakterystyczny dźwięk. Dzięki temu zawsze wiedziałam, kiedy przychodzi. I właśnie wtedy zaczęło mnie coś niepokoić.
Kobieta pojawiała się o absurdalnych porach - drugiej, trzeciej w nocy. Czasem domofon dzwonił nawet wtedy, gdy żadnej koperty nie zostawiałam. Zaspana tłumaczyłam to sobie racjonalnie: może kody do drzwi są podobne, może ktoś się pomylił.
Mieszkanie było na ostatnim piętrze. Od klatki schodowej oddzielała je dodatkowa krata zamykana na klucz, zapewne dla bezpieczeństwa. Pewnej nocy siedziałam do późna nad magisterką, więc byłam w pełni przytomna, kiedy znów usłyszałam dźwięk domofonu. Tym razem nie zignorowałam go. Po kilku minutach poczułam dziwne wrażenie, że ktoś jest na piętrze. Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez wizjer, myśląc, że to może sąsiad wracający z imprezy albo z nocnej zmiany.
Zobaczyłam ją. Stała przy kracie. Nieruchomo. Patrzyła w przestrzeń. Stała tak dobre trzydzieści minut. Potem po prostu wyszła.
Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Za każdym razem mój niepokój rósł. Zapytałam ją o to przy pierwszym osobistym spotkaniu, ale zaprzeczyła żeby to ona przychodziła. Później tłumaczyła to problemami ze snem i nocnymi spacerami dla zabicia czasu oraz że przychodzi w nocy do piwnicy posprzątać, a na piętro zagląda czy wszystko jest w porządku z mieszkaniem. Wydawało mi się to dziwne, ale wiele razy wcześniej wręcz maniakalnie wypytywała czy wszystko z mieszkaniem jest w porządku, więc machnęłam na to ręką. Pomyślałam, że może przychodzi do bloku licząc na to, że wpadnie na stare znajome i nie będzie czuć się tak samotnie w tej bezsenności.
W tym samym okresie zaczęłam nowy związek, więc postanowiłam wypowiedzieć mieszkanie i zamieszkać z partnerem. Właścicielka była wyraźnie smutna, ale lokalizacja była świetna. Byłam pewna, że szybko znajdzie nową najemczynię. Chcąc jej pomóc, wrzuciłam ogłoszenie na lokalne grupy. Odezwała się młoda dziewczyna, studentka. Podałam jej numer właścicielki, uprzedziłam o jej dziwnym zachowaniu i na tym temat się dla mnie zamknął. Cena mieszkania i lokalizacja były zbyt atrakcyjne, żeby ktokolwiek przejmował się dziwnymi nocnymi odwiedzinami tej kobiety.
Niecały rok później odebrałam telefon z policji. Powiedziano mi, że jestem wzywana na świadka w sprawie o morderstwo. Byłam przekonana, że to jakaś pomyłka. Na przesłuchaniu dowiedziałam się, że kilka dni wcześniej właścicielka weszła nocą do mieszkania i zabiła nożem tę dziewczynę. Później wyszło na jaw, że chorowała na schizofrenię. Że wbrew temu, co mówiła, miała córkę - ale córka bała się matki i rzadko ją odwiedzała. Biegli stwierdzili, że była to kwestia czasu jak kogoś zaatakuje w swoich epizodach manii.
Do dziś noszę w sobie poczucie winy. Że podałam tamtej dziewczynie numer telefonu. Że pomogłam w znalezieniu mieszkania. I ciągle wraca do mnie jedno pytanie, którego nie da się już sprawdzić: co by było, gdybym została tam dłużej?
Historia jak z filmu.
Bron Boże nie mówię, ze jest fałszywa ale ciekawa jestem bo skoro weszła do mieszkania musiała mieć klucze i do kraty i do mieszkania. Nie zrobiła tego wcześniej tylko stała przed kratą. Ciekawe czemu. W sumie schizofrenia jest dziwna i może akurat wtedy tej przy dziewczynie się coś poprzestawiało jeszcze bardziej w głowie i zaatakowała.
Straszna historia. Nie mogłaś wiedzieć, ze stanie się cos takiego ale nie dziwie się, ze Cię to dręczy. Dobra historia by nie lekceważyć przeczuć i nie tłumaczyć takich rzeczy. Gdybyś została tam dłużej to byś była na jej miejscu.
-
annakozak123
- SushiAddict
- Posty: 827
- Rejestracja: ndz sie 04, 2024 8:39 pm
Można gdzieś przeczytać o tym morderstwie?
właśnie też szukam. Bo historia jest mocna i ma potencjał medialny, że aż dziw, że coś takiego przeszło bez echa. Z drugiej strony, z opisu autorki widać to chyba dotyczy dużego miasta a jakby media miały nadawać o każdym morderstwie w Warszawie czy Krakwie to by czasu nie starczyło
-
Robalka12090
- RóżowePolo
- Posty: 10
- Rejestracja: ndz lis 24, 2024 10:01 pm
W Warszawie. Wydaje mi się, że nie było wtedy w mediach o tym (wówczas nie sprawdzałam bo byłam zbyt zestresowana całą sytuacją), ale był to okres pandemii plus choroba psychiczna, więc zakładam, że żeby nie stygmatyzować nie robiono wokół tego szumu. Samo posiedzenie sądu było niejawne, więc prawdę mówiąc nie wiem nawet czy ona jest w jakimś ośrodku.PEONIA pisze: ↑pt sty 16, 2026 5:51 pm właśnie też szukam. Bo historia jest mocna i ma potencjał medialny, że aż dziw, że coś takiego przeszło bez echa. Z drugiej strony, z opisu autorki widać to chyba dotyczy dużego miasta a jakby media miały nadawać o każdym morderstwie w Warszawie czy Krakwie to by czasu nie starczyło
-
Robalka12090
- RóżowePolo
- Posty: 10
- Rejestracja: ndz lis 24, 2024 10:01 pm
Zakładam, że miała dodatkowy komplet kluczy, bo w sumie każdy właściciel mieszkania które wynajmowałam
taki miał.
Też się zastanawiam do dzisiaj, czemu wcześniej stała pod kratą, a przynajmniej nie wchodziła do mieszkania, bo tego czy wcześniej zanim ją przyłapałam na tym staniu nie otwierała tej kraty.
taki miał.
Też się zastanawiam do dzisiaj, czemu wcześniej stała pod kratą, a przynajmniej nie wchodziła do mieszkania, bo tego czy wcześniej zanim ją przyłapałam na tym staniu nie otwierała tej kraty.
PEONIA pisze: ↑pt sty 16, 2026 5:46 pm O matko....
Historia jak z filmu.
Bron Boże nie mówię, ze jest fałszywa ale ciekawa jestem bo skoro weszła do mieszkania musiała mieć klucze i do kraty i do mieszkania. Nie zrobiła tego wcześniej tylko stała przed kratą. Ciekawe czemu. W sumie schizofrenia jest dziwna i może akurat wtedy tej przy dziewczynie się coś poprzestawiało jeszcze bardziej w głowie i zaatakowała.
O kurcze moje miastoRobalka12090 pisze: ↑pt sty 16, 2026 6:15 pm Zakładam, że miała dodatkowy komplet kluczy, bo w sumie każdy właściciel mieszkania które wynajmowałam
taki miał.
Też się zastanawiam do dzisiaj, czemu wcześniej stała pod kratą, a przynajmniej nie wchodziła do mieszkania, bo tego czy wcześniej zanim ją przyłapałam na tym staniu nie otwierała tej kraty.
W głowach takich osób dzieją się różne rzeczy i nie dowiemy się tego. Może wcześniej kluczy nie brała a tym razem wzięła i z nich skorzystała....albo stan w jakim była postępował coraz mocniej aż osiągnął apogeum w końcu ona jej nie zabiła od razu a prawie po roku od Twojej wyprowadzki.
Naprawdę Ci współczuje tego przeżycia, ja bym chyba sama zwariowała.
Dobrze, że to piszesz bo to jest naprawdę lekcja by nie tłumaczyć i nie racjonalizować takich dziwactw.
-
Rzeka.chaosu
- Currently:Greece
- Posty: 1256
- Rejestracja: śr lut 26, 2025 4:56 pm
Z mieszkaniami niestety trzeba uważać. Czasem jakaś super okazja kryje dziwne historie. Moi znajomi kupili bardzo tanio dom od starszego małżeństwa. Na początku długo go remontowali i bywali w okolicy tylko w sprawach remontu. Po przeprowadzce (koleżanka przeważnie była sama w domu z dzieckiem, mąż dojeżdzał do miasta) okazało się, że czasem na ulicy staje jakiś facet i obserwuje dom. Czasem mówił dzień dobry i odchodził. Widać było, że przychodzi tam specjalnie, żeby obserwować. Zdarzało się, że koleżanka słyszała jakieś hałasy w szopie przy domu (ściana szopy była ogrodzeniem działki). Czasem ginęły im rzeczy, czasem coś było poprzestawiane. Finalnie ktoś podpalil szopę, próbował strącić kamerę skierowaną na wjazd. Coś tam jeszcze mieli zniszczone. Okazało się, że to syn poprzednich właścicieli. Nie był chory, ale nie podobało mu się, że rodzice sprzedali dom - pewnie chciał tam mieszkać. Podobno w trakcie remontu próbował przegonić robotników i niszczył im sprzęt. Oni myśleli, że to jakieś dzieciaki.
Po czasie okazało się, że facet wyszedł z więzienia, a rodzice najpewniej gdzieś się przed nim ukryli (dlatego na starość sprzedali dom). Zastanawialiśmy się czy nie siedział za coś, co zrobił rodzicom. Sąsiedzi prosili moich znajomych, żeby nie podawać temu typowi nr tel ani żadnych danych poprzednich właścicieli. Z tego co wiem teraz mają spokój. Po akcji z podpalniem była policja i facet odpuści. Zrobili nowe, porządne ogrodzenie i czują się w miarę bezpiecznie.
Druga historia okołomieszkaniowa. W liceum i na 1 roku studiów bywałam w mieszkaniu znajomych blisko biblioteki UW na Powiślu w Warszawie. Teraz to bezpieczna okolica. Wtedy ta konkretna kamienica była nieciekawa. Zdarzało mi się siedzieć do późna na jakiejś imprezie i samej wracać od tych znajomych. Jednego razu siedziałam do późna w bibliotece, a potem miałam podejść do tego mieszkania (nawet nie pamięta czy spać czy coś przekazać). Wcześniej bywałam tam wiele razy jako nastolatka, czułam się w miarę pewnie, ale na ogół szłam z kimś. Nie powiem, że znałam każdą bramę i każdego sąsiada, ale ogólny klimat tak i parę osób też. No i pewnie to mnie uratowało. Dopadły mnie jakieś podejrzane typki z tego budynku. W ogóle nie pamiętam co gadali, czego chcieli. Zaczęłam udawać, że znam tu tych i tamtych, rzuciłam jakieś nazwisko i wtedy zaczęli być milsi. Udawałam jedną z nich i udało mi się dostać na górę.
Potem dowiedziałam się, że okradają tam przyjezdnych, studentów, których było dużo w okolicy. Czasem jak ktoś nowy się wprowadzał robili mu testy i szkołę życia, wyciągali kasę. Taka lokalna patola. Teraz w tamtej okolicy jest bezpieczniej. Po latach myślę, że byłam głupia. Nie jest to crime, ale ostrzeżenie, żeby jednak uważać gdzie się wynajmuje. Niby bezpiecznie, a tu taka akcja.
Po czasie okazało się, że facet wyszedł z więzienia, a rodzice najpewniej gdzieś się przed nim ukryli (dlatego na starość sprzedali dom). Zastanawialiśmy się czy nie siedział za coś, co zrobił rodzicom. Sąsiedzi prosili moich znajomych, żeby nie podawać temu typowi nr tel ani żadnych danych poprzednich właścicieli. Z tego co wiem teraz mają spokój. Po akcji z podpalniem była policja i facet odpuści. Zrobili nowe, porządne ogrodzenie i czują się w miarę bezpiecznie.
Druga historia okołomieszkaniowa. W liceum i na 1 roku studiów bywałam w mieszkaniu znajomych blisko biblioteki UW na Powiślu w Warszawie. Teraz to bezpieczna okolica. Wtedy ta konkretna kamienica była nieciekawa. Zdarzało mi się siedzieć do późna na jakiejś imprezie i samej wracać od tych znajomych. Jednego razu siedziałam do późna w bibliotece, a potem miałam podejść do tego mieszkania (nawet nie pamięta czy spać czy coś przekazać). Wcześniej bywałam tam wiele razy jako nastolatka, czułam się w miarę pewnie, ale na ogół szłam z kimś. Nie powiem, że znałam każdą bramę i każdego sąsiada, ale ogólny klimat tak i parę osób też. No i pewnie to mnie uratowało. Dopadły mnie jakieś podejrzane typki z tego budynku. W ogóle nie pamiętam co gadali, czego chcieli. Zaczęłam udawać, że znam tu tych i tamtych, rzuciłam jakieś nazwisko i wtedy zaczęli być milsi. Udawałam jedną z nich i udało mi się dostać na górę.
Potem dowiedziałam się, że okradają tam przyjezdnych, studentów, których było dużo w okolicy. Czasem jak ktoś nowy się wprowadzał robili mu testy i szkołę życia, wyciągali kasę. Taka lokalna patola. Teraz w tamtej okolicy jest bezpieczniej. Po latach myślę, że byłam głupia. Nie jest to crime, ale ostrzeżenie, żeby jednak uważać gdzie się wynajmuje. Niby bezpiecznie, a tu taka akcja.
Ja bym się zesrała ze strachu jak bym zobaczyła tą babę tak w nocy stojącą. Zawsze w ogóle zostawiam klucz w drzwiach, żeby nie można było ich otworzyć I drugiej strony. Nie wiem czy to działa ale jakoś tak mam nadzieję, że tak 
Przypomniała mi się historia, że kiedyś moja dawna znajoma też wynajmowała mieszkanie i mieszkała tam sama. Kiedyś wróciła z pracy i jakiś facet wlazł jej na chatę. Ale to nie był właściciel. Jak ją zobaczył to uciekł. Dobrze, że nic się nie stało. Później za zgodą właściciela wymieniła zamki.
Ja jak się wprowadzałam do mieszkania od miasta, też pierwsze co to wymieniałam wkładki w drzwiach.
Swoją drogą miałam parę razy historie, że właśnie ktoś wchodził do bramy moim kodem, ale pod drzwi nigdy nikt nie przyszedł.
Przypomniała mi się historia, że kiedyś moja dawna znajoma też wynajmowała mieszkanie i mieszkała tam sama. Kiedyś wróciła z pracy i jakiś facet wlazł jej na chatę. Ale to nie był właściciel. Jak ją zobaczył to uciekł. Dobrze, że nic się nie stało. Później za zgodą właściciela wymieniła zamki.
Ja jak się wprowadzałam do mieszkania od miasta, też pierwsze co to wymieniałam wkładki w drzwiach.
Swoją drogą miałam parę razy historie, że właśnie ktoś wchodził do bramy moim kodem, ale pod drzwi nigdy nikt nie przyszedł.
Bo Wiśniewski to nie ja,
Bo to wszystko nie jest moje,
Bo to wszystko wielki pic,
A „Ich Troje” jest kradzione.
Bo to wszystko nie jest moje,
Bo to wszystko wielki pic,
A „Ich Troje” jest kradzione.
- Letsalwaysbe
- Channelka
- Posty: 30
- Rejestracja: śr lis 20, 2024 12:19 pm
Nie zawsze, niekiedy czekają właśnie na wyśmianie, zawstydzenie swojej osoby, taki kink.Aruszka pisze: ↑pn sty 12, 2026 9:12 pm Historia nie moja, ale mojej około 30-letniej wtedy babci (gdzieś na przełomie lat 60. I 70.) Była na cmentarzu, przy którym kręcili się ekshibicjoniści. Trafiła na jednego z nich, który zaczął do niej machać (nie ręką). Babcia powiedziała, że nie ma się co chwalić taką krewetką, a chłop zdębiał i zwiał. Babcia mistrzi potwierdza to poruszony tutaj kiedyś wątek, że takie osoby czekają na zawstydzenie i speszenie drugiej osoby.
- Letsalwaysbe
- Channelka
- Posty: 30
- Rejestracja: śr lis 20, 2024 12:19 pm
Ile razy ja miałam do czynienia z ekshibicjonista to chyba jakaś kumulacja. Pod kulem gdzie studiowałam kilkukrotnie nocą widziałam faceta co wiadomo co robił w aucie, też w innych miejscach, w innych miastach, haha. Ale to niegroźni zboczeńcy w większości, co jara ich że ktoś patrzy.
O ku*wa jakie ciary mnke przeszły... sa jakieś artykuły na ten temat??Robalka12090 pisze: ↑pt sty 16, 2026 5:26 pm Pięć lat temu wynajmowałam niewielką kawalerkę od starszej pani. Na początku wydawała się zupełnie niegroźna, wręcz budziła współczucie. Opowiadała, że jest samotna, bezdzietna, że po śmierci rodziców przeprowadziła się do ich mieszkania, a kawalerkę wynajmuje tylko po to, żeby mieć z czego żyć.
Czynsz płaciłam gotówką. Początkowo przychodziła po pieniądze osobiście, ale wizyty zawsze się przeciągały, bo potrafiła siedzieć kilka godzin, opowiadając w kółko te same historie. Z czasem zaczęło mnie to męczyć, więc ustaliłyśmy, że będę zostawiać pieniądze w kopercie w skrzynce na listy. Ona miała je odbierać tego samego dnia.
Żeby wejść na klatkę, trzeba było wpisać kod, a domofon w moim mieszkaniu wydawał charakterystyczny dźwięk. Dzięki temu zawsze wiedziałam, kiedy przychodzi. I właśnie wtedy zaczęło mnie coś niepokoić.
Kobieta pojawiała się o absurdalnych porach - drugiej, trzeciej w nocy. Czasem domofon dzwonił nawet wtedy, gdy żadnej koperty nie zostawiałam. Zaspana tłumaczyłam to sobie racjonalnie: może kody do drzwi są podobne, może ktoś się pomylił.
Mieszkanie było na ostatnim piętrze. Od klatki schodowej oddzielała je dodatkowa krata zamykana na klucz, zapewne dla bezpieczeństwa. Pewnej nocy siedziałam do późna nad magisterką, więc byłam w pełni przytomna, kiedy znów usłyszałam dźwięk domofonu. Tym razem nie zignorowałam go. Po kilku minutach poczułam dziwne wrażenie, że ktoś jest na piętrze. Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez wizjer, myśląc, że to może sąsiad wracający z imprezy albo z nocnej zmiany.
Zobaczyłam ją. Stała przy kracie. Nieruchomo. Patrzyła w przestrzeń. Stała tak dobre trzydzieści minut. Potem po prostu wyszła.
Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Za każdym razem mój niepokój rósł. Zapytałam ją o to przy pierwszym osobistym spotkaniu, ale zaprzeczyła żeby to ona przychodziła. Później tłumaczyła to problemami ze snem i nocnymi spacerami dla zabicia czasu oraz że przychodzi w nocy do piwnicy posprzątać, a na piętro zagląda czy wszystko jest w porządku z mieszkaniem. Wydawało mi się to dziwne, ale wiele razy wcześniej wręcz maniakalnie wypytywała czy wszystko z mieszkaniem jest w porządku, więc machnęłam na to ręką. Pomyślałam, że może przychodzi do bloku licząc na to, że wpadnie na stare znajome i nie będzie czuć się tak samotnie w tej bezsenności.
W tym samym okresie zaczęłam nowy związek, więc postanowiłam wypowiedzieć mieszkanie i zamieszkać z partnerem. Właścicielka była wyraźnie smutna, ale lokalizacja była świetna. Byłam pewna, że szybko znajdzie nową najemczynię. Chcąc jej pomóc, wrzuciłam ogłoszenie na lokalne grupy. Odezwała się młoda dziewczyna, studentka. Podałam jej numer właścicielki, uprzedziłam o jej dziwnym zachowaniu i na tym temat się dla mnie zamknął. Cena mieszkania i lokalizacja były zbyt atrakcyjne, żeby ktokolwiek przejmował się dziwnymi nocnymi odwiedzinami tej kobiety.
Niecały rok później odebrałam telefon z policji. Powiedziano mi, że jestem wzywana na świadka w sprawie o morderstwo. Byłam przekonana, że to jakaś pomyłka. Na przesłuchaniu dowiedziałam się, że kilka dni wcześniej właścicielka weszła nocą do mieszkania i zabiła nożem tę dziewczynę. Później wyszło na jaw, że chorowała na schizofrenię. Że wbrew temu, co mówiła, miała córkę - ale córka bała się matki i rzadko ją odwiedzała. Biegli stwierdzili, że była to kwestia czasu jak kogoś zaatakuje w swoich epizodach manii.
Do dziś noszę w sobie poczucie winy. Że podałam tamtej dziewczynie numer telefonu. Że pomogłam w znalezieniu mieszkania. I ciągle wraca do mnie jedno pytanie, którego nie da się już sprawdzić: co by było, gdybym została tam dłużej?
Zboki przy placówkach edukacyjnych to jakaś plaga. Przy moim liceum był pomnik patrona i latem, na długich przerwach, przesiadywał tam dorosły mężczyzna chory na zespół Downa, który patrzył na uczennice i robił sobie dobrze. A z kolei już na studiach, było takie przejście na skróty z akademików na wydział, prowadzące przez sady i inne chaszcze, grasował tam ekshibicjonista obnażający się przed studentkami, studentów unikał. Ani w jednym, ani w drugim przypadku władze szkoły/uczelni nie podjęły jakichś konkretnych działań, ale to było naście lat temu. Tego chorego mężczyznę przepędzał portier, a o ekshibicjoniście wiedzieli wszyscy i raczej się pilnowało, żeby dziewczyny chodziły tamtędy z kolegami / w otoczeniu innych studentów-facetów, co też szli tą trasą. Na szczęście nie było z tym większego problemu, bo polibuda i większość znajomych to koledzy.Letsalwaysbe pisze: ↑sob sty 17, 2026 2:40 pm Ile razy ja miałam do czynienia z ekshibicjonista to chyba jakaś kumulacja. Pod kulem gdzie studiowałam kilkukrotnie nocą widziałam faceta co wiadomo co robił w aucie, też w innych miejscach, w innych miastach, haha. Ale to niegroźni zboczeńcy w większości, co jara ich że ktoś patrzy.
- Letsalwaysbe
- Channelka
- Posty: 30
- Rejestracja: śr lis 20, 2024 12:19 pm
Ja się "pochwalę" swoją bezmyślnością...stałam kiedyś na przystanku wracając z pracy, a pracowałam w placówce wsparcia dziennego z dzieciakami, kończyłam późnym popołudniem, a ponieważ to była wioska skazana byłam na busy, które kursowały różnie. Byłam coraz bardziej sfrustrowana faktem, że pomimo prawka nie jeżdżę autem i skazana jestem na takie dziadowanie, no i tracę dużo czasu w ten sposób, no ale mniejsza. I tak sobie stoję,nie ma tego busa, ja już głodna, wkurzona, gadam przez fona, a tu nagle podjeżdża elegancki samochód, w środku facet około 30 pyta się mnie czy mnie podwieźć. A ja z tego zmęczenia chyba mówię że tak i wsiadłam po prostu. Pytam się gdzie jedzie, on że gdzie trzeba to pojedzie. Powiedziałam mniej więcej dokąd by mnie podrzucił, no i jedziemy. Gość dziwnie milczący, obczaja mnie wzrokiem, ja paplam co mi ślina na język przyniesie, o swoim chłopaku, o pracy, o samochodach, a on tylko patrzy, słucha i sie uśmiecha pod nosem. Patrzę do tyłu a tam na siedzeniu jakaś skrzynka jakby z narzędziami, sam facet elegancki i samochód też no ale dobra. Wysiadałam przy cmentarzu, mówię żeby mnie tu wysadził, a on na szczęście dla mnie zatrzymał się i powiedział że poleca sie na przyszłość. Podziękowałam i dopiero jak wysiadłam pomyślałam sobie ależ jestem głupia xD ja ogólnie zawsze spadam na 4 łapy, pomimo tego że podobnych, potencjalnie niebezpiecznych sytuacji miewałam w życiu sporo, zwłaszcza we wczesnej młodości.
nie wiem czy można to zaliczyć do true crime, ale ta sytuacja sprawiła, że zrobiłam się dużo ostrożniejsza 
mieszkam na wsi, dzielę dom z bratem mojego taty, zajmujemy różne kondygnacje, mamy osobne wejścia itd. co ważne, brat taty ma na podwórku warszat samochodowy, często ktoś przyjeżdża przeróżnymi autami.
niedziela przed świętami, wieczór, ja sprzątam z muzyką na full w słuchawkach, widzę przez jedno z okien, że stoi pod zamkniętą bramą samochód marki porshe, zastanowiło mnie to, dlaczego klient nie wjechał na podwórko, co takie auto tutaj robi i dlaczego nie widzę włączonego światła w garażu, ale nie wyjęłam nawet z uszu słuchawek, olałam to i sprzątałam dalej, miałam bardzo dobry humor. po ok. 20 minutach zadzwonił do mnie obcy numer, zazwyczaj nie odbieram, ale że była niedziela wieczór, pomyślałam, że to może być istotne. facet przedstawił się jako Adam, powiedział, że ma problem z Damianem (mój wieloletni przyjaciel) i czy możemy porozmawiać. nie miałam pojęcia o takim koledze Damiana, natomiast prowadzi tak imprezowy styl życia, że żadna historia nie byłaby mnie w stanie zaskoczyć, czułam, że to dziwne, ale postanowiłam zaprosić go do domu, bo jednak nie byłam w nim sama. typ prawie dwa metry, tatuaże wszędzie, bardzo sympatycznym tonem oznajmił mi, że Damian stracił przytomność w jego mieszkaniu i czy mogę z nim pojechać doprowadzić go do porządku. wytłumaczył mi, że pochodzi z innego miasta, nikogo tutaj nie zna, a Damiana do mnie podwoził, stąd kojarzy adres. uwierzyłam mu, zero instynktu samozachowawczego, odpaliłam papierosa i zaczęłam się zbierać do wyjścia i wtedy poczułam jakieś oświecenie w głowie, co ja robię, gdzie ja idę z obcym typem, powiedziałam temu Adamowi, że muszę do Damiana zadzwonić, on się zdenerwował, powiedział, żebym tego nie robiła i wtedy zrozumiałam, że to zasadzka
udało mi się go spławić, że za godzinę będzie mój chłopak, jeszcze 20 minut próbował mnie namówić do wyjścia z domu, po czym grzecznie odpuścił. Damian nie zna żadnego Adama, do tej pory nie wiem kim był ten człowiek, skąd miał mój adres i numer, ale kiedy samochód zwalnia pod moim domem, od razu biegnę do okna
mieszkam na wsi, dzielę dom z bratem mojego taty, zajmujemy różne kondygnacje, mamy osobne wejścia itd. co ważne, brat taty ma na podwórku warszat samochodowy, często ktoś przyjeżdża przeróżnymi autami.
niedziela przed świętami, wieczór, ja sprzątam z muzyką na full w słuchawkach, widzę przez jedno z okien, że stoi pod zamkniętą bramą samochód marki porshe, zastanowiło mnie to, dlaczego klient nie wjechał na podwórko, co takie auto tutaj robi i dlaczego nie widzę włączonego światła w garażu, ale nie wyjęłam nawet z uszu słuchawek, olałam to i sprzątałam dalej, miałam bardzo dobry humor. po ok. 20 minutach zadzwonił do mnie obcy numer, zazwyczaj nie odbieram, ale że była niedziela wieczór, pomyślałam, że to może być istotne. facet przedstawił się jako Adam, powiedział, że ma problem z Damianem (mój wieloletni przyjaciel) i czy możemy porozmawiać. nie miałam pojęcia o takim koledze Damiana, natomiast prowadzi tak imprezowy styl życia, że żadna historia nie byłaby mnie w stanie zaskoczyć, czułam, że to dziwne, ale postanowiłam zaprosić go do domu, bo jednak nie byłam w nim sama. typ prawie dwa metry, tatuaże wszędzie, bardzo sympatycznym tonem oznajmił mi, że Damian stracił przytomność w jego mieszkaniu i czy mogę z nim pojechać doprowadzić go do porządku. wytłumaczył mi, że pochodzi z innego miasta, nikogo tutaj nie zna, a Damiana do mnie podwoził, stąd kojarzy adres. uwierzyłam mu, zero instynktu samozachowawczego, odpaliłam papierosa i zaczęłam się zbierać do wyjścia i wtedy poczułam jakieś oświecenie w głowie, co ja robię, gdzie ja idę z obcym typem, powiedziałam temu Adamowi, że muszę do Damiana zadzwonić, on się zdenerwował, powiedział, żebym tego nie robiła i wtedy zrozumiałam, że to zasadzka
-
staratwoja
- Skarpeta Rakieta
- Posty: 76
- Rejestracja: czw gru 12, 2024 1:32 pm
Intuicja podpowiada mi, że taka sprawa byłaby bardzo głośna. Niepodawanie informacji do mediów aby zapobiec stygmatyzacji jakiegoś zaburzenia też nie brzmi jak zwyczajowy schemat działania policji
Szczerze prawie zwymiotowałam z nerwów. Współczuję. Może ta dziewczyna bardziej przypominała jej córkę do której miała żal i wielkie emocje o nieodwiedzanie jej? To plus nieracjonalne myślenie spowodowane choroba.Robalka12090 pisze: ↑pt sty 16, 2026 5:26 pm Pięć lat temu wynajmowałam niewielką kawalerkę od starszej pani. Na początku wydawała się zupełnie niegroźna, wręcz budziła współczucie. Opowiadała, że jest samotna, bezdzietna, że po śmierci rodziców przeprowadziła się do ich mieszkania, a kawalerkę wynajmuje tylko po to, żeby mieć z czego żyć.
Czynsz płaciłam gotówką. Początkowo przychodziła po pieniądze osobiście, ale wizyty zawsze się przeciągały, bo potrafiła siedzieć kilka godzin, opowiadając w kółko te same historie. Z czasem zaczęło mnie to męczyć, więc ustaliłyśmy, że będę zostawiać pieniądze w kopercie w skrzynce na listy. Ona miała je odbierać tego samego dnia.
Żeby wejść na klatkę, trzeba było wpisać kod, a domofon w moim mieszkaniu wydawał charakterystyczny dźwięk. Dzięki temu zawsze wiedziałam, kiedy przychodzi. I właśnie wtedy zaczęło mnie coś niepokoić.
Kobieta pojawiała się o absurdalnych porach - drugiej, trzeciej w nocy. Czasem domofon dzwonił nawet wtedy, gdy żadnej koperty nie zostawiałam. Zaspana tłumaczyłam to sobie racjonalnie: może kody do drzwi są podobne, może ktoś się pomylił.
Mieszkanie było na ostatnim piętrze. Od klatki schodowej oddzielała je dodatkowa krata zamykana na klucz, zapewne dla bezpieczeństwa. Pewnej nocy siedziałam do późna nad magisterką, więc byłam w pełni przytomna, kiedy znów usłyszałam dźwięk domofonu. Tym razem nie zignorowałam go. Po kilku minutach poczułam dziwne wrażenie, że ktoś jest na piętrze. Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez wizjer, myśląc, że to może sąsiad wracający z imprezy albo z nocnej zmiany.
Zobaczyłam ją. Stała przy kracie. Nieruchomo. Patrzyła w przestrzeń. Stała tak dobre trzydzieści minut. Potem po prostu wyszła.
Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Za każdym razem mój niepokój rósł. Zapytałam ją o to przy pierwszym osobistym spotkaniu, ale zaprzeczyła żeby to ona przychodziła. Później tłumaczyła to problemami ze snem i nocnymi spacerami dla zabicia czasu oraz że przychodzi w nocy do piwnicy posprzątać, a na piętro zagląda czy wszystko jest w porządku z mieszkaniem. Wydawało mi się to dziwne, ale wiele razy wcześniej wręcz maniakalnie wypytywała czy wszystko z mieszkaniem jest w porządku, więc machnęłam na to ręką. Pomyślałam, że może przychodzi do bloku licząc na to, że wpadnie na stare znajome i nie będzie czuć się tak samotnie w tej bezsenności.
W tym samym okresie zaczęłam nowy związek, więc postanowiłam wypowiedzieć mieszkanie i zamieszkać z partnerem. Właścicielka była wyraźnie smutna, ale lokalizacja była świetna. Byłam pewna, że szybko znajdzie nową najemczynię. Chcąc jej pomóc, wrzuciłam ogłoszenie na lokalne grupy. Odezwała się młoda dziewczyna, studentka. Podałam jej numer właścicielki, uprzedziłam o jej dziwnym zachowaniu i na tym temat się dla mnie zamknął. Cena mieszkania i lokalizacja były zbyt atrakcyjne, żeby ktokolwiek przejmował się dziwnymi nocnymi odwiedzinami tej kobiety.
Niecały rok później odebrałam telefon z policji. Powiedziano mi, że jestem wzywana na świadka w sprawie o morderstwo. Byłam przekonana, że to jakaś pomyłka. Na przesłuchaniu dowiedziałam się, że kilka dni wcześniej właścicielka weszła nocą do mieszkania i zabiła nożem tę dziewczynę. Później wyszło na jaw, że chorowała na schizofrenię. Że wbrew temu, co mówiła, miała córkę - ale córka bała się matki i rzadko ją odwiedzała. Biegli stwierdzili, że była to kwestia czasu jak kogoś zaatakuje w swoich epizodach manii.
Do dziś noszę w sobie poczucie winy. Że podałam tamtej dziewczynie numer telefonu. Że pomogłam w znalezieniu mieszkania. I ciągle wraca do mnie jedno pytanie, którego nie da się już sprawdzić: co by było, gdybym została tam dłużej?
Historia faktycznie wydaje się dość dziwna i straszna, że aż strach w nią uwierzyć. Natomiast, policja faktycznie tak postępuje, jeśli chodzi o choroby psychiczne. Fakt faktem, że media i tak dowiadują się o przypadkach śmierci, czy przestępstw i o nich pisza. Nich pisze, często dorabiając sobie do tego swoją historię. Moja firma współpracuje z władzami i prywatnymi właścicielami. Często w centralnych lokalizacjach ludzie postanawiają pożegnać się z życiem i zawsze jest to przedstawiane jako tragiczny wypadek.staratwoja pisze: ↑sob sty 17, 2026 9:53 pm Intuicja podpowiada mi, że taka sprawa byłaby bardzo głośna. Niepodawanie informacji do mediów aby zapobiec stygmatyzacji jakiegoś zaburzenia też nie brzmi jak zwyczajowy schemat działania policji
Dokładnie. Chociażby niech dobrym przykładem będzie okres świąteczny w Warszawie. Co dzień, jak nie to przynajmniej co trzeci dzień a już przynajmniej raz na tydzień metro kursuje od stacji y-x i od stacji x do stacji z. Z tym, ze stacja x jest wyłączona z ruchu. Domyślcie się czemu. Jakoś nigdy się w mediach o tym nie mówi.Lea88 pisze: ↑sob sty 17, 2026 10:23 pm Historia faktycznie wydaje się dość dziwna i straszna, że aż strach w nią uwierzyć. Natomiast, policja faktycznie tak postępuje, jeśli chodzi o choroby psychiczne. Fakt faktem, że media i tak dowiadują się o przypadkach śmierci, czy przestępstw i o nich pisza. Nich pisze, często dorabiając sobie do tego swoją historię. Moja firma współpracuje z władzami i prywatnymi właścicielami. Często w centralnych lokalizacjach ludzie postanawiają pożegnać się z życiem i zawsze jest to przedstawiane jako tragiczny wypadek.
Dodatkowo jeżeli to był sam środek covida to jestem w stanie uwierzyć, ze media się tym nie zajęły.
U mnie w miejscowości rodzinnej była akcja, że młody chłopak (18-20 lat) wszedł pod pociąg. W trakcie sekcji się okazało, ze ktoś go zamordował i położył na tory. W lokalnych mediach nigdy nie było wzmianki na ten temat a też historia "z potencjałem".
-
staratwoja
- Skarpeta Rakieta
- Posty: 76
- Rejestracja: czw gru 12, 2024 1:32 pm
Szczerze nie siedzę w tym, ale czy rzeczywiście jest możliwe, żeby sprawa takiego kalibru nie wyciekła nigdzie, nie było o niej żadnej wzmianki? Natknęłam się kiedyś na profil "Kobietobójstwa w Polsce", codziennie/prawie codziennie aktualizują licznik - skądś te informacje muszą płynąć? Wiadomo, że w przypadku np. zaginięć które okazują się samob* nie podaje się przyczyny dosadnie tylko "brak podejrzenia udziału osób trzecich" ze względu na bliskich, w sprawach morderstw nie ujawnia się kluczowych danych, ale tutaj podejrzany wydaje się rzekomy (podkreślam w mojej wypowiedzi to słowo) brak jakiejkolwiek wzmiankiLea88 pisze: ↑sob sty 17, 2026 10:23 pm Historia faktycznie wydaje się dość dziwna i straszna, że aż strach w nią uwierzyć. Natomiast, policja faktycznie tak postępuje, jeśli chodzi o choroby psychiczne. Fakt faktem, że media i tak dowiadują się o przypadkach śmierci, czy przestępstw i o nich pisza. Nich pisze, często dorabiając sobie do tego swoją historię. Moja firma współpracuje z władzami i prywatnymi właścicielami. Często w centralnych lokalizacjach ludzie postanawiają pożegnać się z życiem i zawsze jest to przedstawiane jako tragiczny wypadek.
-
staratwoja
- Skarpeta Rakieta
- Posty: 76
- Rejestracja: czw gru 12, 2024 1:32 pm
Poza tym nie wiem, jaką konstrukcję psychiczną musiałaby mieć osoba która nękana przez właścicielkę mieszkania (i to jeszcze w tak dziwaczny sposób) nie dość, że po prostu przechodzi z tym do porządku dziennego zamiast kogokolwiek powiadomić (chociażby przez wgląd na zdrowie tej pani) i od razu zerwać umowę, siedzi tam przez jakiś czas i jeszcze na koniec poleca tę ofertę innej studentce. Ja bym odradzała wynajem gdyby landlord wymagał osobistej płatności gotówką i chciał odwiedzać mieszkanie bo to strasznie upierdliwe i niekomfortowe, a tutaj taka historia nie odpala sygnału że coś jest mocno nie tak? Pewnie, ekstremalnie naiwni ludzie chodzą po tym świecie i nie tak trudno się na jakiegoś natknąć, ale w to naprawdę trudno uwierzyćmarysue pisze: ↑ndz sty 18, 2026 12:31 am GPT (XD) mówi to co w załączniku, a najpierw całkiem długo sama a potem dopiero z nim szukałam.
Oczywiście możemy się mylić, ale - a historia MOCNO mną wstrząsnęła - autorka zamilkła, więc chyba to porostu wymyślona rzecz. Nawet dzielnicy nie dostaliśmy, a na „lokalnych” stronach dzielnic jest niemalże każde zdarzenie.
-
meskalina88
- RóżowePolo
- Posty: 13
- Rejestracja: pt sty 10, 2025 10:15 pm
OjaprdlRobalka12090 pisze: ↑pt sty 16, 2026 5:26 pm Pięć lat temu wynajmowałam niewielką kawalerkę od starszej pani. Na początku wydawała się zupełnie niegroźna, wręcz budziła współczucie. Opowiadała, że jest samotna, bezdzietna, że po śmierci rodziców przeprowadziła się do ich mieszkania, a kawalerkę wynajmuje tylko po to, żeby mieć z czego żyć.
Czynsz płaciłam gotówką. Początkowo przychodziła po pieniądze osobiście, ale wizyty zawsze się przeciągały, bo potrafiła siedzieć kilka godzin, opowiadając w kółko te same historie. Z czasem zaczęło mnie to męczyć, więc ustaliłyśmy, że będę zostawiać pieniądze w kopercie w skrzynce na listy. Ona miała je odbierać tego samego dnia.
Żeby wejść na klatkę, trzeba było wpisać kod, a domofon w moim mieszkaniu wydawał charakterystyczny dźwięk. Dzięki temu zawsze wiedziałam, kiedy przychodzi. I właśnie wtedy zaczęło mnie coś niepokoić.
Kobieta pojawiała się o absurdalnych porach - drugiej, trzeciej w nocy. Czasem domofon dzwonił nawet wtedy, gdy żadnej koperty nie zostawiałam. Zaspana tłumaczyłam to sobie racjonalnie: może kody do drzwi są podobne, może ktoś się pomylił.
Mieszkanie było na ostatnim piętrze. Od klatki schodowej oddzielała je dodatkowa krata zamykana na klucz, zapewne dla bezpieczeństwa. Pewnej nocy siedziałam do późna nad magisterką, więc byłam w pełni przytomna, kiedy znów usłyszałam dźwięk domofonu. Tym razem nie zignorowałam go. Po kilku minutach poczułam dziwne wrażenie, że ktoś jest na piętrze. Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez wizjer, myśląc, że to może sąsiad wracający z imprezy albo z nocnej zmiany.
Zobaczyłam ją. Stała przy kracie. Nieruchomo. Patrzyła w przestrzeń. Stała tak dobre trzydzieści minut. Potem po prostu wyszła.
Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Za każdym razem mój niepokój rósł. Zapytałam ją o to przy pierwszym osobistym spotkaniu, ale zaprzeczyła żeby to ona przychodziła. Później tłumaczyła to problemami ze snem i nocnymi spacerami dla zabicia czasu oraz że przychodzi w nocy do piwnicy posprzątać, a na piętro zagląda czy wszystko jest w porządku z mieszkaniem. Wydawało mi się to dziwne, ale wiele razy wcześniej wręcz maniakalnie wypytywała czy wszystko z mieszkaniem jest w porządku, więc machnęłam na to ręką. Pomyślałam, że może przychodzi do bloku licząc na to, że wpadnie na stare znajome i nie będzie czuć się tak samotnie w tej bezsenności.
W tym samym okresie zaczęłam nowy związek, więc postanowiłam wypowiedzieć mieszkanie i zamieszkać z partnerem. Właścicielka była wyraźnie smutna, ale lokalizacja była świetna. Byłam pewna, że szybko znajdzie nową najemczynię. Chcąc jej pomóc, wrzuciłam ogłoszenie na lokalne grupy. Odezwała się młoda dziewczyna, studentka. Podałam jej numer właścicielki, uprzedziłam o jej dziwnym zachowaniu i na tym temat się dla mnie zamknął. Cena mieszkania i lokalizacja były zbyt atrakcyjne, żeby ktokolwiek przejmował się dziwnymi nocnymi odwiedzinami tej kobiety.
Niecały rok później odebrałam telefon z policji. Powiedziano mi, że jestem wzywana na świadka w sprawie o morderstwo. Byłam przekonana, że to jakaś pomyłka. Na przesłuchaniu dowiedziałam się, że kilka dni wcześniej właścicielka weszła nocą do mieszkania i zabiła nożem tę dziewczynę. Później wyszło na jaw, że chorowała na schizofrenię. Że wbrew temu, co mówiła, miała córkę - ale córka bała się matki i rzadko ją odwiedzała. Biegli stwierdzili, że była to kwestia czasu jak kogoś zaatakuje w swoich epizodach manii.
Do dziś noszę w sobie poczucie winy. Że podałam tamtej dziewczynie numer telefonu. Że pomogłam w znalezieniu mieszkania. I ciągle wraca do mnie jedno pytanie, którego nie da się już sprawdzić: co by było, gdybym została tam dłużej?
1) chodziłam do jednej szkoły, wychowywałam się na jednym podwórku i bawiłam okazjonalnie z gościem który pomagał koledze w zab*jstwie swojej ex... gość jest już na wolności i aż strach kiedykolwiek wrócić w miejsce, gdzie kiedyś mieszkałam. coś z nim było nie tak za czasów dzieciaka, i jak widać dał się wkręcić we wspólne mo*derstwo.
https://gs24.pl/brutalne-zabojstwo-18le ... ar/5495966
https://gs24.pl/brutalne-zabojstwo-18le ... ar/5495966