Chciałabym wiedzieć jaki jest Wasz punkt widzenia dotyczący bezdzietności z wyboru a starości. Czy mieliście takie dylematy jak ja?
Mam 33 lata, mój partner 37. Jesteśmy ze sobą 10 lat i nie mamy dzieci. Ja ich nigdy nie chciałam mieć. Nie przepadam za dziećmi, nigdy z zachwytem nie zaglądałam do wózków. Miłością ogromną za to darzę zwierzęta. Mój partner natomiast kilka razy, przy okazji rozmowy o dzieciach znajomych, przebąkiwał o tym, że w przyszłości mógłby mieć, ale nie ma na to ciśnienia. Do dzieci ma inny stosunek niż ja. On jest osobą bardzo troskliwą, zawsze można na niego liczyć, ojcem też by był dobrym. Jednak temat umarł. Żyliśmy tu i teraz, bez żadnych zobowiązań.
Niedawno jednak dopadło mnie załamanie z powodu upływającego czasu i tego, że jesteśmy coraz starsi. Zrobiło mi się go żal, że przeze mnie nie ma dzieci i kiedyś może mieć o to pretensje. Od kilku tygodni żyję w stresie i cały czas analizuję co zrobić. Z jednej strony w dalszym ciągu nie chcę mieć dzieci, pewnie nigdy nie będę na nie gotowa (sama myśl o ciąży i porodzie wywołuje u mnie histerię), a z drugiej strony boję się też tego, że będziemy sami na starość (sam kiedyś wspomniał, że w kwestii dzieci trzeba też to brać pod uwagę, że bez nich zostaniemy sami). Zapytałam go w końcu, czy chce mieć dziecko i odpowiedział, że jakby się trafiło to by było fajnie. Totalnie mnie to rozwaliło i nie wiem już całkiem co robić. Myślę, że nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji. Chciałabym jeszcze coś zobaczyć i przeżyć, uwielbiam nasze życie we dwójkę, ale cały czas myślę, co dalej. Przy kolejnej próbie rozmowy dowiedziałam się, że trochę jest mu smutno, że nie ma dzieci, ale się na tym nie skupia, za to ja się nakręcam. A ja po prostu doszłam do ściany.
Jakie jest Wasze podejście do tego tematu? Wiem, że dzieci nie gwarantują opieki na starość, ale jednak się o tym myśli.