Poznałam faceta około tygodnia temu. Od początku mówił, że szuka czegoś poważnego, nie interesują go przelotne relacje i że chciałby mnie bliżej poznać. Jest bardzo zaangażowany w kontakt, pamięta różne rzeczy, które mu opowiadam, proponuje spotkania, odbiera mnie po pracy, pyta jak się czuję itd.
Problem w tym, że od samego początku bardzo często seksualizuje nasze rozmowy. Dużo mówi o całowaniu, pieszczotach, seksie, moim ciele itd. Sam w sobie s*ksualny flirt mi nie przeszkadza — nie jestem osobą, która uważa keks za coś złego i sama jestem otwarta na tę sferę. Problemem jest częstotliwość i moment, w którym to robi.
Ostatnio źle się czułam i powiedziałam mu, że prawdopodobnie pójdę spać. On zaproponował, że może przyjechać, zrobić mi herbatę/kupić coś w aptece, co było dla mnie miłe. Później rozmawialiśmy o tym, że spałabym, gdyby przyjechał, a on napisał, że popatrzyłby jak śpię, a następnie, że przez pół godziny by mnie „wycałował w tyłek”. I właśnie wtedy coś we mnie pękło, bo miałam poczucie, że nawet w sytuacji, kiedy źle się czuję, znowu wszystko sprowadza do mojego ciała i seksu.
Powiedziałam mu wprost, że przez takie zachowanie zaczynam mieć wątpliwości, czy widzi we mnie człowieka, czy głównie obiekt pożądania. On odpowiedział, że oczywiście mu się podobam, ale nigdy nie robi niczego więcej, niż mu pozwalam, i że bliskość oraz keks są dla niego częścią budowania więzi. Przeprosił i powiedział, że więcej takich tekstów nie będzie.
Dodam, że fizycznie moich granic jak dotąd nie przekraczał, wręcz pytał o zgodę przy niektórych rzeczach. Dlatego mój problem dotyczy głównie tego, jak często seksualizuje rozmowy, a nie tego, że próbował mnie do czegoś zmusić.
Dodam, że rok jest sam i był w związku 9 lat z jedną kobietą.
Teraz zastanawiam się, czy nie przesadzam i czy to po prostu jego sposób flirtowania, czy jednak przy tak deklarowanym podejściu do związku faktycznie powinnam zwrócić uwagę na tę dysproporcję między słowami a zachowaniem.
Jak Wy byście to odebrali z boku?