Cześć! Jestem na którymś semestrze. Sobą reprezentuję jakiś typ osoby, który może się podobać, albo może się nie podobać. W grupie na studiach większość osób nie jest mi podobna. Są to ludzie tacy, którzy robią powoli i rzetelnie albo leniwie, albo przerzucają wszystko na innych. Ja próbuję szybko ogarnąć całość i lecę od razu krok po kroku - na bieżąco czytam. Jestem osobą, która ma problem z tym, że łatwo sobie przypisuję odpowiedzialność za resztę i mnie to stresuje. Ciągle pracuję nad powściągliwością.
Na początku myślałam, że dogadam się z jakąś osobą. W skrócie powiem, że na przestrzeni tych kilku semestrów wyszło, że z jakiejś przyczyny ta osoba kłamała mi w żywe oczy, że lubi to samo co ja lubię. Przez to myślałam, że się dogadamy, a później wyszło, że ta osoba jest w jakiś sposób nie do zniesienia i w ogóle nie mamy nici porozumienia na żadnym poziomie.
Obecnie czasem gadam z jakimiś osobami. Już jakieś konflikty były z innymi osobami, ale staram się ratować sprawę żartem, pomocą albo daję sobie spokój.
Nie chcę wychodzić na problematyczną.
Obecnie mam problem z tym:
osoba wspomniana wcześniej, która twierdziła, że łączy nas tak wiele zaczęła robić jakieś sceny (ogólnie cechuje się traktowaniem innych z góry nawet jak sama nie jest kryształowa, obgaduje wiele osób i zajmuje się szeregowaniem kto jest gorszy od kogo i jak być lepszym) polegające na tym, że mnie należy ukazać jako odrzutka, jako osobę nielubianą. Zabierała mi znajomych, próbowała przejmować rozmowę, które następnie wychodziły teatralnie i sztucznie.
Zostałam tak jakby sama. Akurat mi się życie nie układało, więc byłam ogólnie obciążona. Było tak, że jakieś dziewczyny, które nie były mi przychylne wytykały mnie na całą salę, że "jestem sama w zespole".
Teraz myślę, czy nie wolałabym znowu być sama w zespole. Dogaduję się z kimś innym i byłby spokój. Gdyby "ta osoba" nie została przegoniona z innych zespołów za swoje brzydkie zachowanie.
Teraz jak gdyby nigdy nic dosiada się do mnie do zespołu.
Dopiero kilka zajęć minęło, a ona już do mnie wyjeżdżała z mordą, że wszystko źle robię. Korektoruje moje odpowiedzi na pytania z kart pracy i wpisuje po swojemu nawet jak to jest to samo lub nawet jak sama źle wpisze, a ja miałam rację.
Robi takie głupie problemy, bo ona czegoś nie rozumie. Zamieszanie na cały zespół, wisi mi nad uchem i jęczy, że źle pomiary jej wyszły (gdzie dosłownie godzinę temu się chwaliła, że jest taka w tym dobra). Ja próbowałam coś policzyć i się nie można skupić. I to jest któryś semestr, kiedy mam zwracać uwagę, że ktoś przeszkadza. To jest któryś zespół dla tego osoby, kiedy ona nie ogarnęła, że innym przeszkadza.
Co więcej zachowuje się jakby między nami była jakaś przyjaźń, jakby mnie wcale źle nie traktowała.
Wcześniej byłam traktowana jako taka "dojna krowa". Inni też mi powiedzieli, że ta osoba nic nie wnosi do pracy, trzeba przez nią zostawać po godzinach, wszystko za nią robić.
I nie chcę, żebym ja musiała znowu się męczyć, a taki ktoś przyjdzie, dopisze się pod moim nazwiskiem jak gdyby nigdy nic.
Że taka osoba będzie mnie brzydko traktowała, obgadywała, zostawiała na lodzie, obiecywała coś co nigdy nie będzie miało miejsca.
Boli mnie głowa od samego bycia obok tej osoby. Nie było wiele okazji, żeby ona mogła się wykazać swoim fatalnym charakterem, a i tak to zrobiła. Stresuje mnie kiedy ona mnie oskarża o zrobienie błędu. Sama się nie wykazuje wysokim poziomem. Te oskarżenia są tak zabarwione emocjami i męczące, bo często są po prostu z jej roztargnienia.
Teraz sama się wepchnęła do tego zespołu ze mną, udaje, że jest fajnie, zawsze było fajnie i mi sie ryczeć chce, że jeszcze mam ileś semestrów przed sobą i prawdopodobnie będę musiała się z nią użerać.
Nie chcę być "grzeczna" i udawać, że jest fajnie tylko dlatego, że ona nie umie się zachować i olewa podstawowe zasady przyzwoitości.
O higienie też należy wspomnieć, że przez nią w zimę siedzieliśmy w kurtkach przy otwartych oknach na oścież, a prowadząca raz w połowie zajęć skończyła zajęcia i wygoniła nas z sali, bo taki był smród.
A ja sobie nie życzę, żebym miała to wąchać, że ona tak się stresuje i denerwuje, że robi w gacie i jeszcze ja mam się spowiadać przed człowiekiem co nie potrafi za siebie pomyśleć i organizuje problemy bo sam czegoś nie rozumie.
Nie wiem co mam myśleć. Czasem jest tak, że nikt tej osoby nie chce w zespole, a prowadzący nie chce robić dodatkowych zespołów, bo brakuje materiałów. Więc taka osoba przychodzi, robi problemy i podpisuje się pod cudzym, bo jest zbyt flegmatyczna by się nawet zdecydować co zamierza zrobić w danym zadaniu.
Smutna jestem. Ta osoba mnie wystawiła, puszyła się że jest w lepszym zespole, oczerniała mnie, że jestem sama, została wygoniona i teraz do mnie się klei. Wolałabym żeby ktoś inny ją wziął.
Nie chcę prowadzić żadnych rozmów więcej z tą osobą, bo już prowadziłam i doszłam do wniosku, że dla niej relacje i praca zespołowa to przede wszystkim patrzenie się w siebie jak szpaki w malowane wrota.
Rozumiem, że dużo tekstu to duży problem, ale kontekst jest obszerny i sama nie jestem idealna, ale mogę na swoją obronę powiedzieć, że jestem konkretna i staram się rozwiązywać lub łagodzić problemy. Natomiast takie szarpanie się jest dla mnie męczące.
Może problemem jest to, że traktuję te studia jako zbyt ważny element mojego życia?
Trudni ludzie na studiach
Moderatorzy: KasandraCwir, verysweetcherryooooo macarena ayay! Dobra, a tak poważnie - za dużo tego. Zluzuj trochę. Na studiach ma się cały przekrój społeczeństwa i musisz ogarnać, że z większością się nie dogadasz, część będzie leniami śmierdzącymi, inni przyszli bo im starzy kazali, a jeszcze inni dla legitymacji. Ja studia traktowałam powaznie, ale miałam gdzieś innych i robiłam swoje. Skup się na swojej pracy, a reszta niech robi bądź nie jak im się podoba.Ghjjjj pisze: ↑ndz paź 25, 2026 3:41 pm Cześć! Jestem na którymś semestrze. Sobą reprezentuję jakiś typ osoby, który może się podobać, albo może się nie podobać. W grupie na studiach większość osób nie jest mi podobna. Są to ludzie tacy, którzy robią powoli i rzetelnie albo leniwie, albo przerzucają wszystko na innych. Ja próbuję szybko ogarnąć całość i lecę od razu krok po kroku - na bieżąco czytam. Jestem osobą, która ma problem z tym, że łatwo sobie przypisuję odpowiedzialność za resztę i mnie to stresuje. Ciągle pracuję nad powściągliwością.
Na początku myślałam, że dogadam się z jakąś osobą. W skrócie powiem, że na przestrzeni tych kilku semestrów wyszło, że z jakiejś przyczyny ta osoba kłamała mi w żywe oczy, że lubi to samo co ja lubię. Przez to myślałam, że się dogadamy, a później wyszło, że ta osoba jest w jakiś sposób nie do zniesienia i w ogóle nie mamy nici porozumienia na żadnym poziomie.
Obecnie czasem gadam z jakimiś osobami. Już jakieś konflikty były z innymi osobami, ale staram się ratować sprawę żartem, pomocą albo daję sobie spokój.
Nie chcę wychodzić na problematyczną.
Obecnie mam problem z tym:
osoba wspomniana wcześniej, która twierdziła, że łączy nas tak wiele zaczęła robić jakieś sceny (ogólnie cechuje się traktowaniem innych z góry nawet jak sama nie jest kryształowa, obgaduje wiele osób i zajmuje się szeregowaniem kto jest gorszy od kogo i jak być lepszym) polegające na tym, że mnie należy ukazać jako odrzutka, jako osobę nielubianą. Zabierała mi znajomych, próbowała przejmować rozmowę, które następnie wychodziły teatralnie i sztucznie.
Zostałam tak jakby sama. Akurat mi się życie nie układało, więc byłam ogólnie obciążona. Było tak, że jakieś dziewczyny, które nie były mi przychylne wytykały mnie na całą salę, że "jestem sama w zespole".
Teraz myślę, czy nie wolałabym znowu być sama w zespole. Dogaduję się z kimś innym i byłby spokój. Gdyby "ta osoba" nie została przegoniona z innych zespołów za swoje brzydkie zachowanie.
Teraz jak gdyby nigdy nic dosiada się do mnie do zespołu.
Dopiero kilka zajęć minęło, a ona już do mnie wyjeżdżała z mordą, że wszystko źle robię. Korektoruje moje odpowiedzi na pytania z kart pracy i wpisuje po swojemu nawet jak to jest to samo lub nawet jak sama źle wpisze, a ja miałam rację.
Robi takie głupie problemy, bo ona czegoś nie rozumie. Zamieszanie na cały zespół, wisi mi nad uchem i jęczy, że źle pomiary jej wyszły (gdzie dosłownie godzinę temu się chwaliła, że jest taka w tym dobra). Ja próbowałam coś policzyć i się nie można skupić. I to jest któryś semestr, kiedy mam zwracać uwagę, że ktoś przeszkadza. To jest któryś zespół dla tego osoby, kiedy ona nie ogarnęła, że innym przeszkadza.
Co więcej zachowuje się jakby między nami była jakaś przyjaźń, jakby mnie wcale źle nie traktowała.
Wcześniej byłam traktowana jako taka "dojna krowa". Inni też mi powiedzieli, że ta osoba nic nie wnosi do pracy, trzeba przez nią zostawać po godzinach, wszystko za nią robić.
I nie chcę, żebym ja musiała znowu się męczyć, a taki ktoś przyjdzie, dopisze się pod moim nazwiskiem jak gdyby nigdy nic.
Że taka osoba będzie mnie brzydko traktowała, obgadywała, zostawiała na lodzie, obiecywała coś co nigdy nie będzie miało miejsca.
Boli mnie głowa od samego bycia obok tej osoby. Nie było wiele okazji, żeby ona mogła się wykazać swoim fatalnym charakterem, a i tak to zrobiła. Stresuje mnie kiedy ona mnie oskarża o zrobienie błędu. Sama się nie wykazuje wysokim poziomem. Te oskarżenia są tak zabarwione emocjami i męczące, bo często są po prostu z jej roztargnienia.
Teraz sama się wepchnęła do tego zespołu ze mną, udaje, że jest fajnie, zawsze było fajnie i mi sie ryczeć chce, że jeszcze mam ileś semestrów przed sobą i prawdopodobnie będę musiała się z nią użerać.
Nie chcę być "grzeczna" i udawać, że jest fajnie tylko dlatego, że ona nie umie się zachować i olewa podstawowe zasady przyzwoitości.
O higienie też należy wspomnieć, że przez nią w zimę siedzieliśmy w kurtkach przy otwartych oknach na oścież, a prowadząca raz w połowie zajęć skończyła zajęcia i wygoniła nas z sali, bo taki był smród.
A ja sobie nie życzę, żebym miała to wąchać, że ona tak się stresuje i denerwuje, że robi w gacie i jeszcze ja mam się spowiadać przed człowiekiem co nie potrafi za siebie pomyśleć i organizuje problemy bo sam czegoś nie rozumie.
Nie wiem co mam myśleć. Czasem jest tak, że nikt tej osoby nie chce w zespole, a prowadzący nie chce robić dodatkowych zespołów, bo brakuje materiałów. Więc taka osoba przychodzi, robi problemy i podpisuje się pod cudzym, bo jest zbyt flegmatyczna by się nawet zdecydować co zamierza zrobić w danym zadaniu.
Smutna jestem. Ta osoba mnie wystawiła, puszyła się że jest w lepszym zespole, oczerniała mnie, że jestem sama, została wygoniona i teraz do mnie się klei. Wolałabym żeby ktoś inny ją wziął.
Nie chcę prowadzić żadnych rozmów więcej z tą osobą, bo już prowadziłam i doszłam do wniosku, że dla niej relacje i praca zespołowa to przede wszystkim patrzenie się w siebie jak szpaki w malowane wrota.
Rozumiem, że dużo tekstu to duży problem, ale kontekst jest obszerny i sama nie jestem idealna, ale mogę na swoją obronę powiedzieć, że jestem konkretna i staram się rozwiązywać lub łagodzić problemy. Natomiast takie szarpanie się jest dla mnie męczące.
Może problemem jest to, że traktuję te studia jako zbyt ważny element mojego życia?
Boże, ten śmierdziel tak dusi, że to jest masakra, przeszkadza, oczernia mnie jak czegoś nie wiem, sam nie lepszy, wynosi się ponad wszystkich, ze mnie zrobił odrzutka w poprzednim semestrze, pysznił się swoją osobą, wyszło, że nie ma czym i teraz się zachowuje jakby nie było tematu. Jest bezczelny.iri1979 pisze: ↑ndz paź 25, 2026 6:16 pm ooooo macarena ayay! Dobra, a tak poważnie - za dużo tego. Zluzuj trochę. Na studiach ma się cały przekrój społeczeństwa i musisz ogarnać, że z większością się nie dogadasz, część będzie leniami śmierdzącymi, inni przyszli bo im starzy kazali, a jeszcze inni dla legitymacji. Ja studia traktowałam powaznie, ale miałam gdzieś innych i robiłam swoje. Skup się na swojej pracy, a reszta niech robi bądź nie jak im się podoba.
I on do mnie wiecznie z mordą, że wszystko źle robię - co zajęcia jest przesluchanie i zostawanie po godzinach bo on zablokuje stanowisko i nic nie zrobi. Wcześniej go pogoniłam z zespołu to się teraz okazało, że kujony też go nie chcą.
Byłam spokojna, ale na takie chamstwo to ja nie mam siły
Zmień grupę ćwiczeniowąGhjjjj pisze: ↑ndz paź 25, 2026 6:42 pm Boże, ten śmierdziel tak dusi, że to jest masakra, przeszkadza, oczernia mnie jak czegoś nie wiem, sam nie lepszy, wynosi się ponad wszystkich, ze mnie zrobił odrzutka w poprzednim semestrze, pysznił się swoją osobą, wyszło, że nie ma czym i teraz się zachowuje jakby nie było tematu. Jest bezczelny.
I on do mnie wiecznie z mordą, że wszystko źle robię - co zajęcia jest przesluchanie i zostawanie po godzinach bo on zablokuje stanowisko i nic nie zrobi. Wcześniej go pogoniłam z zespołu to się teraz okazało, że kujony też go nie chcą.
Byłam spokojna, ale na takie chamstwo to ja nie mam siły
- Echoidalia
- VlogmasEnjoyer
- Posty: 1396
- Rejestracja: śr paź 02, 2024 6:26 pm
Moim zdaniem nie ma czegoś takiego jak 'traktowanie studiów zbyt poważnie'. Też tak miałam. Ale to jest duża część z życia prowadząca zazwyczaj do wymarzonego zawodu dzięki uprawnieniom zdobytym podczas nauki. Nie wyobrażam sobie olewac w zupełności tego okresu i się nie przejmować. Może sobie tak robić jakiś banan, co i tak starzy mu sypną kasą na prywatną uczelnie choćby tylko dla papierka, ale większość z nas musi starać się podwójnie, żeby zaliczać, zdobywać nowe umiejętności i jeszcze przeżyć w obcym mieście/towarzystwie.
Może uda się podejść do wykładowcy i zapytać, czy możesz sama dany projekt wykonać? Wtedy to ta osoba będzie miała problem znaleźć ludzi do współpracy
Może uda się podejść do wykładowcy i zapytać, czy możesz sama dany projekt wykonać? Wtedy to ta osoba będzie miała problem znaleźć ludzi do współpracy
Właśnie tak próbuję robić, żeby nie było takiego "wicia gniazdka" na pokaz, bo nie lubię obłudy i wolę pracować sama niż się wkupywać gdzieś, gdzie może nawet jest to nie na miejscu. Niestety mam tak obecnie okazję tylko na jednych teoretycznych. Wszystkie praktyczne to skąpienie materiału, prowadzący mówią, że nie chcą więcej zespołów. Ta osoba tak właśnie lata do tych prowadzących niby takie bejbi w przedszkolu, co ma się poskarżyć.Echoidalia pisze: ↑ndz paź 25, 2026 8:33 pm Moim zdaniem nie ma czegoś takiego jak 'traktowanie studiów zbyt poważnie'. Też tak miałam. Ale to jest duża część z życia prowadząca zazwyczaj do wymarzonego zawodu dzięki uprawnieniom zdobytym podczas nauki. Nie wyobrażam sobie olewac w zupełności tego okresu i się nie przejmować. Może sobie tak robić jakiś banan, co i tak starzy mu sypną kasą na prywatną uczelnie choćby tylko dla papierka, ale większość z nas musi starać się podwójnie, żeby zaliczać, zdobywać nowe umiejętności i jeszcze przeżyć w obcym mieście/towarzystwie.
Może uda się podejść do wykładowcy i zapytać, czy możesz sama dany projekt wykonać? Wtedy to ta osoba będzie miała problem znaleźć ludzi do współpracy
Nie chcę być osobą, która jest "kolejna" do przewijania. Drażni mnie brak samodzielności i takie ogólnie nieogarcięcie się.
Obecnie pomyślałam, że skuteczne byłoby chyba skupić się właśnie na nauce, znaleźć sobie jeden podręcznik dobry do poczytania pod studia, zająć się tym i stawiać na asertywność. Przede wszystkim dlatego, że to tylko głupie laboratoria, gdzie zaliczenie jest z obecności i z samego robienia - a niekoniecznie robienia prawidłowo/idealnie i co kogo obchodzi, że wynik nie wyszedł? (podczas gdy ta osoba się zanosi, że każdy krok po kolei jest źle i nie można wyjść z sali normalnie o czasie, bo ona marudzi, przeszkadza, blokuje pracę typu weźmie sprzęt do rączki i nie odda i ch* jej zrobisz, trzeba czekać aż ona się namyśli pół godziny).
Tak jak wcześniej wspomniałam ta osoba nagle się do mnie klei, jakbym ja jej była winna uprzejmość podczas gdy traktowała mnie brzydko, zachowywała się brzydko. I myślę o tym, że ten "lepszy" zespół pogonił tę osobę skutecznie i że też powinnam, ale nie wiem co może być bardziej skuteczne niż otwarty opierdziel z poprzedniego semestru na zajęciach z naszym opiekunem roku, unikanie kontaktu już od może roku i moje ostre odzywki, że przeszkadza, "jak zrobiła tak jest", "niech się przesiądzie jak jej się nie podoba" albo, żeby wywaliła coś (odpady) do kosza zamiast o tym ciągle klepać.
Wszystko to jak do ściany.
Inny kolega mi mówił, żebym się nie przejmowała wcale