Czy ten związek ma sens
Moderatorzy: KasandraCwir, verysweetcherryCzy ten związek ma sens
Mam 32 lata i nie wiem, co dalej.
Jestem z narzeczonym od 10 lat. Związek w porządku, czasem są wzloty i upadki. Obydwoje mamy dobre zawody, jednak nie sa one jakoś super płatne plus narzeczony ma działalność, więc nke jest ten dochód stabilny i dodatkowo nie daje perspektyw na więcej. Jestem już w takim wieku, ze chce poważniej myśleć o dzieciach, większym mieszkaniu (aktualne ma 45m2), ale przy naszej sytuacji materialnej uważam, że jest to ciężkie. Partner nie ma parcia na większy rozwój zawodowy, nie ma też na to pomysłu, a przez to ja nie czuję się bezpiecznie finansowo o przyszłość. Od dłuższego czasu jestem sfrustrowana tym brakiem celu w życiu i chęci dalszego rozwoju z jego strony. Nie ukrywam, że raczej jestem zwolenniczką sytuacji, gdzie to mężczyzna jest głową rodziny i o nią dba, a w naszej sytuacji to ja zarabiam więcej… Od kilku lat narzeczony popala prawie codziennie trawkę i mam wrażenie, że to go dodatkowo rozleniwia.
Szczerze czuję się w kropce. Od długiego czasu nie jestem w stanie powiedzieć czy tak wygląda po prostu długoterminowy związek czy po prostu jesteśmy ze soba z przyzwyczajenia. Nie wiem czy inni też tak postrzegają swoje długoterminowe związki. Skąd wiecie czy jesteście z kimś z miłości czy z przyzwyczajenia, bo jest dobrze?
Do tego ten brak dążenia do dalszego rozwoju u partnera mnie dobija, a ja czuję że mój zegar tyka…
Jestem z narzeczonym od 10 lat. Związek w porządku, czasem są wzloty i upadki. Obydwoje mamy dobre zawody, jednak nie sa one jakoś super płatne plus narzeczony ma działalność, więc nke jest ten dochód stabilny i dodatkowo nie daje perspektyw na więcej. Jestem już w takim wieku, ze chce poważniej myśleć o dzieciach, większym mieszkaniu (aktualne ma 45m2), ale przy naszej sytuacji materialnej uważam, że jest to ciężkie. Partner nie ma parcia na większy rozwój zawodowy, nie ma też na to pomysłu, a przez to ja nie czuję się bezpiecznie finansowo o przyszłość. Od dłuższego czasu jestem sfrustrowana tym brakiem celu w życiu i chęci dalszego rozwoju z jego strony. Nie ukrywam, że raczej jestem zwolenniczką sytuacji, gdzie to mężczyzna jest głową rodziny i o nią dba, a w naszej sytuacji to ja zarabiam więcej… Od kilku lat narzeczony popala prawie codziennie trawkę i mam wrażenie, że to go dodatkowo rozleniwia.
Szczerze czuję się w kropce. Od długiego czasu nie jestem w stanie powiedzieć czy tak wygląda po prostu długoterminowy związek czy po prostu jesteśmy ze soba z przyzwyczajenia. Nie wiem czy inni też tak postrzegają swoje długoterminowe związki. Skąd wiecie czy jesteście z kimś z miłości czy z przyzwyczajenia, bo jest dobrze?
Do tego ten brak dążenia do dalszego rozwoju u partnera mnie dobija, a ja czuję że mój zegar tyka…
Co do kwestii finansowych się nie wypowiem, bo każdy z nas ma inne potrzeby. Ale napisałaś "Od kilku lat narzeczony popala prawie codziennie trawkę i mam wrażenie, że to go dodatkowo rozleniwia." a to już jest alarmujące. Z jednej strony, gdyby faktycznie pojawiło się dziecko, trudno od osoby pod wpływem oczekiwac dobrej opieki na nim. Z drugiej strony, w czasach młodości miałam styczność z osobami, które popalały ostro (większość codziennie) i rzeczywiście ten brak aspiracji, o którym piszesz był widoczny. Cokolwiek zdecydujesz - powodzenia 
-
Vaxi_bllom
- MoetGlass
- Posty: 254
- Rejestracja: śr lut 07, 2024 10:45 am
Kiedy planujecie ślub? Zaręczyny to była wspólna decyzja?
Co on myśli o posiadaniu dzieci? Macie oboje jakiś konkretny plan na rodzinę, czy to tylko twoje marzenia a jemu jest to obojętne?
Jesteś młoda, jeszcze możesz zmienić swoje życie...
Co on myśli o posiadaniu dzieci? Macie oboje jakiś konkretny plan na rodzinę, czy to tylko twoje marzenia a jemu jest to obojętne?
Jesteś młoda, jeszcze możesz zmienić swoje życie...
-
pinkaosiemdziewiec
- BlondDoczep
- Posty: 129
- Rejestracja: ndz lis 09, 2025 11:53 am
Hej!Duliczera pisze: ↑pn lip 20, 2026 9:55 pm Mam 32 lata i nie wiem, co dalej.
Jestem z narzeczonym od 10 lat. Związek w porządku, czasem są wzloty i upadki. Obydwoje mamy dobre zawody, jednak nie sa one jakoś super płatne plus narzeczony ma działalność, więc nke jest ten dochód stabilny i dodatkowo nie daje perspektyw na więcej. Jestem już w takim wieku, ze chce poważniej myśleć o dzieciach, większym mieszkaniu (aktualne ma 45m2), ale przy naszej sytuacji materialnej uważam, że jest to ciężkie. Partner nie ma parcia na większy rozwój zawodowy, nie ma też na to pomysłu, a przez to ja nie czuję się bezpiecznie finansowo o przyszłość. Od dłuższego czasu jestem sfrustrowana tym brakiem celu w życiu i chęci dalszego rozwoju z jego strony. Nie ukrywam, że raczej jestem zwolenniczką sytuacji, gdzie to mężczyzna jest głową rodziny i o nią dba, a w naszej sytuacji to ja zarabiam więcej… Od kilku lat narzeczony popala prawie codziennie trawkę i mam wrażenie, że to go dodatkowo rozleniwia.
Szczerze czuję się w kropce. Od długiego czasu nie jestem w stanie powiedzieć czy tak wygląda po prostu długoterminowy związek czy po prostu jesteśmy ze soba z przyzwyczajenia. Nie wiem czy inni też tak postrzegają swoje długoterminowe związki. Skąd wiecie czy jesteście z kimś z miłości czy z przyzwyczajenia, bo jest dobrze?
Do tego ten brak dążenia do dalszego rozwoju u partnera mnie dobija, a ja czuję że mój zegar tyka…
Wydaje mi się, że tyle pytań i wątpliwości pokazuje, że trochę nie jesteś pewna tego związku, może właśnie dlatego, że ewoluował, Wy się zmieniliście, Wasze priorytety również, i może na tym etapie, po tych 10 latach, jesteście już innymi osobami niż na początku znajomości i zaczyna się to rozjeżdżać. Nie chcę sabotować Waszej relacji absolutnie, ale zauważ, że Ty masz konkretne ambicje rozwojowe, również oczekiwania od narzeczonego, a on...no niekoniecznie. Dodatkowo chyba trochę różnią się Wasze wyobrażenia modelu rodziny - że to facet powinien być tą przysłowiową głową i trzymać rodzinę finansowo. Mój mąż zarabia chyba z trzy razy mniej ode mnie, też nie ma parcia na rozwój, ma stabilną pracę, ale nie zarabia kokosów i mi to nie przeszkadza. Po latach część przysłowiowych motyli odleciała, ale ciągle bardzo się lubimy, wspieramy, jesteśmy przede wszystkim zgodni co do najważniejszych kwestii w życiu (oboje cenimy sobie minimalizm, nie jesteśmy gadżeciarzami, nie lubimy drogich zakupów, nie planujemy długich zagranicznych podróży bo tego nie lubimy, oboje nie chodzimy do kościoła, więc w tej kwestii w wychowaniu dziecka też jesteśmy zgodni). Moim zdaniem to jest najważniejsze i póki budżet się spina, to jest dobrze. Ale jeśli Wy rozbiegacie się pod kątem priorytetów, abmicji, wyobrażenia modelu rodziny, to prędzej czy później to wybuchnie i chyba lepiej żeby było to przed ślubem i dziećmi niż po.
Rozmawialiście w ogóle o tym? Skoro jesteście już na etapie narzeczeństwa to może poruszyliście już część tych ważnych tematów jak dzieci, większe mieszkanie, ogólnie to jak widzicie przyszłość. Z autopsji mogę Cię tylko uspokoić, że szczęśliwa, zgodna para stworzy fajną rodzinę i na 45m2, no tylko dużo zależy od tego jakie macie standardy. Znowuż, my przez wiele lat "kisiliśmy" się na 42m2 i było okej, starczyło na życie, opiekunkę, Młody miał swój pokój, my mieszkaliśmy w drugim, ale patrz wyżej - my nie potrzebujemy wiele do szczęścia, nie mamy wielkiego parcia na rozwój Młodego, podsuwamy mu to co lubi i w pełni w to inwestujemy ale tylko do tego stopnia do jakiego on sam chce to robić. Tj. nie bulimy tysiaków na mnówstwo zajęć dodatkowych, kursy i prywatną czy społeczną szkołę. Jeździmy raz w roku na krótkie wakacje, najczęściej w Polskę, a w tym roku to nigdzie nie chciało nam się jechać, więc spędzamy sobie lato w domu, w mieście. Łącznie mamy już naprawdę spory przychód, mamy już większe mieszkanie, ale dużo tej kasy nam zostaje. Po prostu tak mamy. Wiem jednak, że gdyby coś w drugiej osobie bardzo by mi nie odpowiadało (np. mój poprzedni partner lubił sobie wypić, dość regularnie, przez co czasem szlajał się wieczorami, nie wiedziałam ok tórej wróci do domu i tego typu problemu, więc zakończyłam tamtą relację, bo wiem że z czasem by mnie zjadła totalnie). Najważniejsze jest chyba to, czy Wy oboje jesteście świadomi tych odmiennych oczekiwań i czy macie na to zgodny plan, bo jeśli nie...no to może być cieżko, jeśli nie teraz, to za parę lat to wybuchnie. Powtórzę - 10 lat to ogrom czasu. Moim zdaniem powinniście pogadać o tym na czym Wam zależy, ale to tak szczerze, bez mówienia sobie tego co wzajemnie chcecie usłyszeć, mydlenia oczu byle to podtrzymać, tylko serio, co każde z Was chce w tym związku i gdzie się widzi w przyszłości.
Zaręczeni jesteśmy od 5 lat. Nie ukrywam, że wywierałam trochę nacisk na te zaręczyny. Od roku myślę poważniej o ślubie, narzeczony niekoniecznie (klasycznie dla niego to tylko papier, który nic nie zmieni) i w związku z powagą relacji zaczęłam też zastanawiać się poważniej nad rodziną i pytać go o to czy na poważnie chce czy nie - wprost powiedział, że na ten moment nie wie. A na tym etapie „nie wiem” to dla mnie trochę za mało. Ostatnio też powiedział, że jego na ten moment nie stać na założenie rodzinyVaxi_bllom pisze: ↑wt lip 21, 2026 8:54 am Kiedy planujecie ślub? Zaręczyny to była wspólna decyzja?
Co on myśli o posiadaniu dzieci? Macie oboje jakiś konkretny plan na rodzinę, czy to tylko twoje marzenia a jemu jest to obojętne?
Jesteś młoda, jeszcze możesz zmienić swoje życie...
Hej, bardzo Ci dziękuję za Twoją perspektywę.pinkaosiemdziewiec pisze: ↑wt lip 21, 2026 8:55 am Hej!
Wydaje mi się, że tyle pytań i wątpliwości pokazuje, że trochę nie jesteś pewna tego związku, może właśnie dlatego, że ewoluował, Wy się zmieniliście, Wasze priorytety również, i może na tym etapie, po tych 10 latach, jesteście już innymi osobami niż na początku znajomości i zaczyna się to rozjeżdżać. Nie chcę sabotować Waszej relacji absolutnie, ale zauważ, że Ty masz konkretne ambicje rozwojowe, również oczekiwania od narzeczonego, a on...no niekoniecznie. Dodatkowo chyba trochę różnią się Wasze wyobrażenia modelu rodziny - że to facet powinien być tą przysłowiową głową i trzymać rodzinę finansowo. Mój mąż zarabia chyba z trzy razy mniej ode mnie, też nie ma parcia na rozwój, ma stabilną pracę, ale nie zarabia kokosów i mi to nie przeszkadza. Po latach część przysłowiowych motyli odleciała, ale ciągle bardzo się lubimy, wspieramy, jesteśmy przede wszystkim zgodni co do najważniejszych kwestii w życiu (oboje cenimy sobie minimalizm, nie jesteśmy gadżeciarzami, nie lubimy drogich zakupów, nie planujemy długich zagranicznych podróży bo tego nie lubimy, oboje nie chodzimy do kościoła, więc w tej kwestii w wychowaniu dziecka też jesteśmy zgodni). Moim zdaniem to jest najważniejsze i póki budżet się spina, to jest dobrze. Ale jeśli Wy rozbiegacie się pod kątem priorytetów, abmicji, wyobrażenia modelu rodziny, to prędzej czy później to wybuchnie i chyba lepiej żeby było to przed ślubem i dziećmi niż po.
Rozmawialiście w ogóle o tym? Skoro jesteście już na etapie narzeczeństwa to może poruszyliście już część tych ważnych tematów jak dzieci, większe mieszkanie, ogólnie to jak widzicie przyszłość. Z autopsji mogę Cię tylko uspokoić, że szczęśliwa, zgodna para stworzy fajną rodzinę i na 45m2, no tylko dużo zależy od tego jakie macie standardy. Znowuż, my przez wiele lat "kisiliśmy" się na 42m2 i było okej, starczyło na życie, opiekunkę, Młody miał swój pokój, my mieszkaliśmy w drugim, ale patrz wyżej - my nie potrzebujemy wiele do szczęścia, nie mamy wielkiego parcia na rozwój Młodego, podsuwamy mu to co lubi i w pełni w to inwestujemy ale tylko do tego stopnia do jakiego on sam chce to robić. Tj. nie bulimy tysiaków na mnówstwo zajęć dodatkowych, kursy i prywatną czy społeczną szkołę. Jeździmy raz w roku na krótkie wakacje, najczęściej w Polskę, a w tym roku to nigdzie nie chciało nam się jechać, więc spędzamy sobie lato w domu, w mieście. Łącznie mamy już naprawdę spory przychód, mamy już większe mieszkanie, ale dużo tej kasy nam zostaje. Po prostu tak mamy. Wiem jednak, że gdyby coś w drugiej osobie bardzo by mi nie odpowiadało (np. mój poprzedni partner lubił sobie wypić, dość regularnie, przez co czasem szlajał się wieczorami, nie wiedziałam ok tórej wróci do domu i tego typu problemu, więc zakończyłam tamtą relację, bo wiem że z czasem by mnie zjadła totalnie). Najważniejsze jest chyba to, czy Wy oboje jesteście świadomi tych odmiennych oczekiwań i czy macie na to zgodny plan, bo jeśli nie...no to może być cieżko, jeśli nie teraz, to za parę lat to wybuchnie. Powtórzę - 10 lat to ogrom czasu. Moim zdaniem powinniście pogadać o tym na czym Wam zależy, ale to tak szczerze, bez mówienia sobie tego co wzajemnie chcecie usłyszeć, mydlenia oczu byle to podtrzymać, tylko serio, co każde z Was chce w tym związku i gdzie się widzi w przyszłości.
Tak jak pisałam wyżej, rozmowy na te tematy się pojawiły, szczególnie w ostatnim czasie. Generalnie one też ewoluowały z biegiem lat - kiedyś obydwoje byliśmy na nie z dziećmi i w ogóle małżeństwem (ale wtedy mieliśmy po 10 lat mniej - jeśli to ważne narzeczony ma aktualnie 36 lat) . Nie ukrywam, że chyba naiwnie myślałam, że z biegiem lat obydwoje dorośniemy. Aktualnie ja jednak chcę związek sformalizować, chcę mieć dzieci. Dla narzeczonego ślub to tylko papier, ale to weźmie a z dziećmi aktualnie jest na nie, bo nie czuję się że dźwignie to finansowo.
Mój narzeczony jest dla mnie jednocześnie najlepszym przyjacielem, jest mi bardzo przykro że tak to wygląda
-
pinkaosiemdziewiec
- BlondDoczep
- Posty: 129
- Rejestracja: ndz lis 09, 2025 11:53 am
Nie czujesz że to trochę tak, że Ty potrzebujesz przejść już przez pewne etapy życia, więc nawigujesz w tym kierunku, a on niekoniecznie? Skoro zaręczyny były trochę wymuszone, to nie martwi Cię, że kolejne etapy, nawet gdy do nich dojdzie, to też będą już po to, żebyś przestała naciskać, tylko później zostaniesz sama z tymi decyzjami i konsekwencjami? Że weźmiecie ślub bo Ty chcesz, że będziecie mieć rodzinę, tylko skoro Ty bardziej chcesz, to Tobie zostanie opieka nad dzieckiem/dziećmi, a on nie będzie zaangażowany? Nie robisz absolutnie niczego złego, to normalne, że chce się stabilizacji, kolejnych dorosłych etapów w życiu, tylko tego powinny chcieć obie osoby, tak naprawdę chcieć. Rozumiem też strach przed odejściem i zaczynaniem od nowa, ale warto, jeśli obecna relacja nie angażuje obu osób w porównywalnym stopniu. Naprawdę są faceci, którzy chcą mieć rodzinę, mieszkanie/dom, i zrobią naprawdę ogrom żeby to osiągnąć i świata poza tą rodziną nie będą widziećDuliczera pisze: ↑wt lip 21, 2026 10:28 am Zaręczeni jesteśmy od 5 lat. Nie ukrywam, że wywierałam trochę nacisk na te zaręczyny. Od roku myślę poważniej o ślubie, narzeczony niekoniecznie (klasycznie dla niego to tylko papier, który nic nie zmieni) i w związku z powagą relacji zaczęłam też zastanawiać się poważniej nad rodziną i pytać go o to czy na poważnie chce czy nie - wprost powiedział, że na ten moment nie wie. A na tym etapie „nie wiem” to dla mnie trochę za mało. Ostatnio też powiedział, że jego na ten moment nie stać na założenie rodziny
-
pinkaosiemdziewiec
- BlondDoczep
- Posty: 129
- Rejestracja: ndz lis 09, 2025 11:53 am
Sorki, już na kolejną odpowiedź napisałam. Przykro mi ogólnie, bo pewnie macie fajną relację, skoro piszesz o przyjacielskiej więzi. To super po tylu latach, ale może wizję dorosłego życia macie juz innąDuliczera pisze: ↑wt lip 21, 2026 10:36 am Hej, bardzo Ci dziękuję za Twoją perspektywę.
Tak jak pisałam wyżej, rozmowy na te tematy się pojawiły, szczególnie w ostatnim czasie. Generalnie one też ewoluowały z biegiem lat - kiedyś obydwoje byliśmy na nie z dziećmi i w ogóle małżeństwem (ale wtedy mieliśmy po 10 lat mniej - jeśli to ważne narzeczony ma aktualnie 36 lat) . Nie ukrywam, że chyba naiwnie myślałam, że z biegiem lat obydwoje dorośniemy. Aktualnie ja jednak chcę związek sformalizować, chcę mieć dzieci. Dla narzeczonego ślub to tylko papier, ale to weźmie a z dziećmi aktualnie jest na nie, bo nie czuję się że dźwignie to finansowo.
Mój narzeczony jest dla mnie jednocześnie najlepszym przyjacielem, jest mi bardzo przykro że tak to wygląda
Tak, tak właśnie czuję, ze go przymuszam do pójścia dalej a bardzo bym chciała, żeby to jednak on wyszedł z dalsza inicjatywa.pinkaosiemdziewiec pisze: ↑wt lip 21, 2026 10:39 am Nie czujesz że to trochę tak, że Ty potrzebujesz przejść już przez pewne etapy życia, więc nawigujesz w tym kierunku, a on niekoniecznie? Skoro zaręczyny były trochę wymuszone, to nie martwi Cię, że kolejne etapy, nawet gdy do nich dojdzie, to też będą już po to, żebyś przestała naciskać, tylko później zostaniesz sama z tymi decyzjami i konsekwencjami? Że weźmiecie ślub bo Ty chcesz, że będziecie mieć rodzinę, tylko skoro Ty bardziej chcesz, to Tobie zostanie opieka nad dzieckiem/dziećmi, a on nie będzie zaangażowany? Nie robisz absolutnie niczego złego, to normalne, że chce się stabilizacji, kolejnych dorosłych etapów w życiu, tylko tego powinny chcieć obie osoby, tak naprawdę chcieć. Rozumiem też strach przed odejściem i zaczynaniem od nowa, ale warto, jeśli obecna relacja nie angażuje obu osób w porównywalnym stopniu. Naprawdę są faceci, którzy chcą mieć rodzinę, mieszkanie/dom, i zrobią naprawdę ogrom żeby to osiągnąć i świata poza tą rodziną nie będą widziećMówi to osoba która na co dzień kumpluje się właśnie z facetami i tak - bywają tacy, którzy ślub to by wzięli chyba z konsolą PS5, ale są też tacy, którzy są ojcami na medal i super mężami
![]()
-
pinkaosiemdziewiec
- BlondDoczep
- Posty: 129
- Rejestracja: ndz lis 09, 2025 11:53 am
Kurczę, powtórzę - przykro mi. Ciężko wyjść z takiej długiej relacji - człowiek się zżywa, przyzwyczaja, zapomina jak to jest być samemu, ba, nawet zaczyna oszukiwać się, że patologiczne akcje są okej i że już tak bywa w zyciu. Ja z moim byłym byliśmy razem ponad 8 lat, też cisnęłam na zaręczyny, bo dookoła pary brały już śluby, takie ekscytujące to wszystko było, a u nas zawsze stara bida (i stare nierozwiązane problemy), jeszcze gdzieś, chyba w jakims serialu, głupia zobaczyłam, że jak chłop po 7 latach się nie oświadczy (albo jak się nie weźmie ślubu) to torba. Bałam się, że nie poradzę sobie życiowo, finansowo (dałam radę), że sobie nikogo nie znajdę, bo kto mnie zechce (mój były akurat nie był moim życiowym czirliderem, oj nie, więc moja samoocena była niższa niż głębokośc Rowu Mariańskiego). Ale jakoś zrobiłam ten krok i nie żałuję. Po pierwsze - po tamtej relacji wiedziałam czego na pewno nie chcę. Po drugie - nie byłam z oosbą, która tylko ociągała się w decyzjach, bo "po co zmieniać skoro nie jest źle". Po trzebie - spotkałam osobę, która jednak jest podobna do mnie pod kątem priorytetów. Miałam ogromne szczęście, wiem. Pokazuje to jednak, że może warto zrobić sobie (plus z partnerem) ten rachunek sumienia i zdecydować się na zmianę.
A masz kogoś bliskiego kto wesprze Cię w razie co? Jakąś koleżankę? Kogoś z kim przyjdzie Ci pogadać, wygadać sie?
pinkaosiemdziewiec pisze: ↑wt lip 21, 2026 11:46 am Kurczę, powtórzę - przykro mi. Ciężko wyjść z takiej długiej relacji - człowiek się zżywa, przyzwyczaja, zapomina jak to jest być samemu, ba, nawet zaczyna oszukiwać się, że patologiczne akcje są okej i że już tak bywa w zyciu. Ja z moim byłym byliśmy razem ponad 8 lat, też cisnęłam na zaręczyny, bo dookoła pary brały już śluby, takie ekscytujące to wszystko było, a u nas zawsze stara bida (i stare nierozwiązane problemy), jeszcze gdzieś, chyba w jakims serialu, głupia zobaczyłam, że jak chłop po 7 latach się nie oświadczy (albo jak się nie weźmie ślubu) to torba. Bałam się, że nie poradzę sobie życiowo, finansowo (dałam radę), że sobie nikogo nie znajdę, bo kto mnie zechce (mój były akurat nie był moim życiowym czirliderem, oj nie, więc moja samoocena była niższa niż głębokośc Rowu Mariańskiego). Ale jakoś zrobiłam ten krok i nie żałuję. Po pierwsze - po tamtej relacji wiedziałam czego na pewno nie chcę. Po drugie - nie byłam z oosbą, która tylko ociągała się w decyzjach, bo "po co zmieniać skoro nie jest źle". Po trzebie - spotkałam osobę, która jednak jest podobna do mnie pod kątem priorytetów. Miałam ogromne szczęście, wiem. Pokazuje to jednak, że może warto zrobić sobie (plus z partnerem) ten rachunek sumienia i zdecydować się na zmianę.
A masz kogoś bliskiego kto wesprze Cię w razie co? Jakąś koleżankę? Kogoś z kim przyjdzie Ci pogadać, wygadać sie?
Na prawdę bardzo doceniam, ze dzielisz się swoim doświadczeniem - jest to w pewien sposób pokrzepiające
Akurat na rodzinę i przyjaciół nie mogę narzekać- jak coś to będą przy mnie.
-
pinkaosiemdziewiec
- BlondDoczep
- Posty: 129
- Rejestracja: ndz lis 09, 2025 11:53 am
Trochę takDuliczera pisze: ↑wt lip 21, 2026 12:32 pm Na prawdę bardzo doceniam, ze dzielisz się swoim doświadczeniem - jest to w pewien sposób pokrzepiającezauważam, że masz bardzo podobne odczucia po swoim starym związku, jak ja w aktualnym, z tą różnicą że akurat w aktualnym związku partner mnie docenia. Kurczę, dlatego mam takie dylematy, bo z jednej strony są aspekty, w których naprawdę czuję się zaopiekowana i boję się, że z nikim innym się tak nie dotrę. A z drugiej są niektóre tematy, które mogą w przyszłości budować frustrację.
Akurat na rodzinę i przyjaciół nie mogę narzekać- jak coś to będą przy mnie.
Każdy wybór w życiu do czegoś prowadzi. Wiadomo, że chciałoby się przejść przez nie jak najprzyjemniej, ale jak już wejdzie się w ten "gorszy" układ, to zawsze można z niego wyjść, ZAWSZE. Po prostu czasem trzeba trochę czasu żeby się pozbierać, złapać nowy rytm, ale wychodzi się silniejszym, mądrzejszym, i czego każdemu życzę, szczęśliwym
Obawiam się, że jeśli "nie wie" czy założyć rodzinę, to po prostu nie chce. Jest mu z Tobą dobrze, ale nie chce iść dalej. A Ty chyba wyrosłaś z tego związku (w tej formie) trochę. To trudna sytuacja, zwłaszcza, że piszesz że Twój partner jest też Twoim przyjacielem. Ale... no właśnie, może tylko przyjacielem?Duliczera pisze: ↑wt lip 21, 2026 10:28 am Zaręczeni jesteśmy od 5 lat. Nie ukrywam, że wywierałam trochę nacisk na te zaręczyny. Od roku myślę poważniej o ślubie, narzeczony niekoniecznie (klasycznie dla niego to tylko papier, który nic nie zmieni) i w związku z powagą relacji zaczęłam też zastanawiać się poważniej nad rodziną i pytać go o to czy na poważnie chce czy nie - wprost powiedział, że na ten moment nie wie. A na tym etapie „nie wiem” to dla mnie trochę za mało. Ostatnio też powiedział, że jego na ten moment nie stać na założenie rodziny
Trochę też się obawiam, że tak właśnie jest - „nie wiem”, bo wprost nie chce powiedzieć „nie”.Alessa pisze: ↑wt lip 21, 2026 1:44 pm Obawiam się, że jeśli "nie wie" czy założyć rodzinę, to po prostu nie chce. Jest mu z Tobą dobrze, ale nie chce iść dalej. A Ty chyba wyrosłaś z tego związku (w tej formie) trochę. To trudna sytuacja, zwłaszcza, że piszesz że Twój partner jest też Twoim przyjacielem. Ale... no właśnie, może tylko przyjacielem?
-
Dafneeee12
- RoyalBaby
- Posty: 29
- Rejestracja: sob paź 25, 2025 9:07 pm
Też niedawno byłam w relacji, w której partner był moim przyjacielem (parę lat przed związkiem i w trakcie) i o ile w tym aspekcie dogadywaliśmy się naprawdę świetnie, to po czasie wyszło to, czego się obawialiśmy - mamy inne plany na życie (30 lat). Ja chciałam już ślub i dzieci, on cały czas « nie był pewien » albo « zastanawiał się » czy prosił o « czas do lutego na przemyślenie kwestii dzieci ». Zauważyłam u siebie stany takie okolodepresyjne - przestało mnie cieszyć wiele rzeczy, które wcześniej lubiłam, nie chciało mi się nic robić z moimi hobby, ciągle krążyłam wokół tego, że on się widocznie mniej starał, że to przestawało mieć naprawdę sens. Zaczęło mnie coraz więcej rzeczy w nim denerwować, od jakichś bzdur typu chlapanie wodą po łazience przy wycieraniu rąk po brak decyzyjności - on naprawdę potrafił przyjechać do domu z wakacji i żałować, że jednak nie kupił czegoś z pamiątek, bo w tamtym momencie nie był w stanie podjąć tej decyzji i takie sytuacje były nagminne i dotyczyły różnych rzeczy. Jednocześnie bardzo bał się mnie stracić, często pytał, czy go kocham i czy chcę z nim być. W końcu powiedziałam, że kocham, ale nie chcę. Bardzo szybko pogodziłam się z tym rozstaniem, bo jednak od jakiegoś czasu wiedziałam, że to nie ma najmniejszego sensu. On nie będzie chciał mieć dzieci ani nie podejmie decyzji o ślubie, a ja nie będę na to wszystko czekać. Szkoda tylko że mi zmarnował trochę czasu, bo jednak to jego „nie wiem” dawało mi ciągle nadzieję.
Hej! Rozumiem Cię, bo byłam w bardzo podobnej sytuacji. Byłam z narzeczonym 10 lat
i też miałam poczucie, że się kochamy, jest bezpiecznie, zależy nam na sobie, a mimo to coś nie gra. Ostatecznie się rozstaliśmy i dziś wiem, że to nie była niczyja wina. Po prostu mieliśmy różne potrzeby i wizje przyszłości.
Najgorsze, co można zrobić, to próbować na siłę zmieniać drugą osobę i czekać, aż w końcu stanie się taka, jakiej potrzebujemy. Wtedy jedna strona czuje ciągłą frustrację, a druga presję i poczucie, że wciąż jest niewystarczająca.. Dlatego warto spojrzeć na partnera takim, jaki jest dzisiaj, a nie takim, jaki mógłby być. Jeśli od lat nie ma większej motywacji do zmian, trzeba założyć, że to nie jest chwilowy etap, tylko jego sposób na życie.. więc zamiast pytania „czy ten związek ma sens?”, to moze pytanie: gdyby przez następne 10 lat nic się nie zmieniło, nadal wybrałabyś go na partnera i ojca swoich dzieci? Myślę, że odpowiedź na to pytanie powie Ci bardzo dużo.
I polecam książkę Jilian Turecki "Zaczyna się od Ciebie: 9 trudnych spraw o miłości, które odmienią Twoje życie" naprawdę pomaga 🕊
Najgorsze, co można zrobić, to próbować na siłę zmieniać drugą osobę i czekać, aż w końcu stanie się taka, jakiej potrzebujemy. Wtedy jedna strona czuje ciągłą frustrację, a druga presję i poczucie, że wciąż jest niewystarczająca.. Dlatego warto spojrzeć na partnera takim, jaki jest dzisiaj, a nie takim, jaki mógłby być. Jeśli od lat nie ma większej motywacji do zmian, trzeba założyć, że to nie jest chwilowy etap, tylko jego sposób na życie.. więc zamiast pytania „czy ten związek ma sens?”, to moze pytanie: gdyby przez następne 10 lat nic się nie zmieniło, nadal wybrałabyś go na partnera i ojca swoich dzieci? Myślę, że odpowiedź na to pytanie powie Ci bardzo dużo.
I polecam książkę Jilian Turecki "Zaczyna się od Ciebie: 9 trudnych spraw o miłości, które odmienią Twoje życie" naprawdę pomaga 🕊
-
chleb_ze_smalcem
- FejkTiffany
- Posty: 657
- Rejestracja: pn lis 04, 2024 9:22 pm
Nie wiem w męskim języku znaczy nie. Albo raczej nie z tobą. Sorry za dosadność ale taka prawda jest niestety. 10 lat to już by trzy razy wiedział i się zdecydował.