wasze true crime
Moderator: verysweetcherryRe: wasze true crime
Niektóre z Waszych historii mrożą krew w żyłach. Dobrze, że żadnej z Was nic się nie stało, przynajmniej fizycznie. Mam nadzieję, że zadbacie o siebie. Warto pomyśleć o terapii, jeśli po latach wspomnienia zatruwają Wam życie.
Moja historia jest zupełnie inna. Koleżanka ze szkoły umarła niedługo po maturze. Dziewczyna z dobrej rodziny, ustawiona, ładna. Okazało się, że eksperymentowała z narkotykami. Wzięła tzw. krokodyla (kto wie, jak to działa, ten wie - a reszta sprawdza na własne ryzyko, zwłaszcza zdjęcia) i umarła w potwornych męczarniach. Zgnite tkanki, amputacja ręki, ostatecznie sepsa. Konała parę tygodni. Pogrzeb odbył się jakieś dwa tygodnie później, bo policja próbowała dociec, skąd miała taką substancję. Sprawie ukręcono łeb (ponoć przyczynili się do tego jej rodzice, ale tu nie wiem na pewno). Wśród jej najbliższego kręgu panowała zmowa milczenia - nie wiadomo, kto jej to załatwił, podał, czy to było pod przymusem czy nie. Była inteligentna i ambitna, miała plany na przyszłość, rozpoczęte studia. Totalnie nie pasowała do wizerunku osoby, która bierze taką toksyczną, niesamowicie ryzykowną "bombę" (jakaś marihuana, kwas - jeszcze, ale nie coś, co zupełnie realnie może zabić po jednej dawce). Dwa dni po pogrzebie po snapchacie latały zdjęcia z imprezy, na której bawiło się jej towarzystwo, i wcale nie wyglądali na przejętych. Jej chłopak szybko związał się z jej najbliższą przyjaciółką i razem wyjechali za granicę.
Nie mam pojęcia, czy za tym wszystkim stoi coś więcej, czy to po prostu seria fatalnych zbiegów okoliczności. Minęło wiele lat, ale nie potrafię przestać o tym myśleć, bo w najlepszym razie historia tragicznie przerwanego życia (nawet jeśli z głupoty), a w najgorszym jakaś bardzo mroczna historia. Czuję, że pod tym wszystkim jest dużo więcej, ale nie mam jak się dowiedzieć. Nawet nie wiem, czy bym chciała.
Moja historia jest zupełnie inna. Koleżanka ze szkoły umarła niedługo po maturze. Dziewczyna z dobrej rodziny, ustawiona, ładna. Okazało się, że eksperymentowała z narkotykami. Wzięła tzw. krokodyla (kto wie, jak to działa, ten wie - a reszta sprawdza na własne ryzyko, zwłaszcza zdjęcia) i umarła w potwornych męczarniach. Zgnite tkanki, amputacja ręki, ostatecznie sepsa. Konała parę tygodni. Pogrzeb odbył się jakieś dwa tygodnie później, bo policja próbowała dociec, skąd miała taką substancję. Sprawie ukręcono łeb (ponoć przyczynili się do tego jej rodzice, ale tu nie wiem na pewno). Wśród jej najbliższego kręgu panowała zmowa milczenia - nie wiadomo, kto jej to załatwił, podał, czy to było pod przymusem czy nie. Była inteligentna i ambitna, miała plany na przyszłość, rozpoczęte studia. Totalnie nie pasowała do wizerunku osoby, która bierze taką toksyczną, niesamowicie ryzykowną "bombę" (jakaś marihuana, kwas - jeszcze, ale nie coś, co zupełnie realnie może zabić po jednej dawce). Dwa dni po pogrzebie po snapchacie latały zdjęcia z imprezy, na której bawiło się jej towarzystwo, i wcale nie wyglądali na przejętych. Jej chłopak szybko związał się z jej najbliższą przyjaciółką i razem wyjechali za granicę.
Nie mam pojęcia, czy za tym wszystkim stoi coś więcej, czy to po prostu seria fatalnych zbiegów okoliczności. Minęło wiele lat, ale nie potrafię przestać o tym myśleć, bo w najlepszym razie historia tragicznie przerwanego życia (nawet jeśli z głupoty), a w najgorszym jakaś bardzo mroczna historia. Czuję, że pod tym wszystkim jest dużo więcej, ale nie mam jak się dowiedzieć. Nawet nie wiem, czy bym chciała.
U mnie może nie będzie typowego true crime ale :
* na osiedlu gdzie mieszkalam prawie całe życie facet ok 30 zabil nastoletnią dziewczynkę, którą wcześniej podrywał. Mieszkał w bloku gdzie bardzo często bywałam w tamtym okresie i nawet kojarzę go z widzenia.
* prawie 10 lat temu zaginal mój kolega z klasy z podstawówki. Szukał go nawet Rutkowski i wymyślał niestworzone historie z wyjazdem do Niemiec mimo,że wszystko wskazywało na samob* po zawodzie miłosnym co niestety się potwierdziło. Ludzie Rutkowskiego niby tak intensywnie przeczesywali teren swoim nowoczesnym sprzętem a chlopaka znalazł znajomy rodziny,powiesił się na drzewie w mało widocznym miejscu.
* W bloku za moim parę lat temu chłopak ,którego znałam z osiedla i szkoły zastrzelił w nocy siebie i swoją dziewczynę. Ojciec nie mógł się z nim skontaktować i przyjechał do mieszkania sprawdzić co się dzieje. Znalazł ich oboje...
*przeprowadziłam się do innego miasta po jakimś czasie zupełnym przypadkiem dowiedziałam się,że w tej samej klatce mieszkała zaginiona w 2000 roku dziewczynka,która do dnia dzisiejszego się nie odnalazła i do dziś nie ma żadnych nowych tropów w tej sprawie.
* na osiedlu gdzie mieszkalam prawie całe życie facet ok 30 zabil nastoletnią dziewczynkę, którą wcześniej podrywał. Mieszkał w bloku gdzie bardzo często bywałam w tamtym okresie i nawet kojarzę go z widzenia.
* prawie 10 lat temu zaginal mój kolega z klasy z podstawówki. Szukał go nawet Rutkowski i wymyślał niestworzone historie z wyjazdem do Niemiec mimo,że wszystko wskazywało na samob* po zawodzie miłosnym co niestety się potwierdziło. Ludzie Rutkowskiego niby tak intensywnie przeczesywali teren swoim nowoczesnym sprzętem a chlopaka znalazł znajomy rodziny,powiesił się na drzewie w mało widocznym miejscu.
* W bloku za moim parę lat temu chłopak ,którego znałam z osiedla i szkoły zastrzelił w nocy siebie i swoją dziewczynę. Ojciec nie mógł się z nim skontaktować i przyjechał do mieszkania sprawdzić co się dzieje. Znalazł ich oboje...
*przeprowadziłam się do innego miasta po jakimś czasie zupełnym przypadkiem dowiedziałam się,że w tej samej klatce mieszkała zaginiona w 2000 roku dziewczynka,która do dnia dzisiejszego się nie odnalazła i do dziś nie ma żadnych nowych tropów w tej sprawie.
-
nevermind0231
Mieszkam w małym mieście nad jeziorem, poza sezonem nie ma tutaj nad wodą ludzi. Jako nastolatka uwielbiałam brać psa na długi spacer wzdłuż jeziora. Pamiętam, że była to wczesna wiosna, byłam już na tyle daleko, że dochodziłam do lasu i miałam już zawracać gdy zobaczyłam samochód, który jechał za mną, intuicja podpowiedziała mi żebym zaczęła uciekać i wbiegła do tego lasu. Pamiętam, że wbiegłam dość głęboko i schowałam się za dużym drzewem, psa wzięłam na ręce (mały pimpek) i starałam się kontrolować sytuację, intuicja mnie nie zawiodła bo facet z samochodu przybiegł za mną do lasu i mnie szukał. Pamiętam jak w duchu modliłam się do anioła stróża, nie wiem jak długo to trwało ale powoli zaczynało się ściemniać, facet mnie jakimś cudem nie zauważył i wrócił do samochodu. Byłam tak przerażona, że jeszcze długo stałam za tym drzewem nieruchomo i wyszłam tyłem lasu żeby wrócić autobusem. Byłam tak przerażona, nikomu się nie przyznałam co mnie spotkało.
Wiem z jakiego miasta jesteśmalagotka pisze: ↑sob lis 29, 2025 10:27 pm U mnie może nie będzie typowego true crime ale :
* na osiedlu gdzie mieszkalam prawie całe życie facet ok 30 zabil nastoletnią dziewczynkę, którą wcześniej podrywał. Mieszkał w bloku gdzie bardzo często bywałam w tamtym okresie i nawet kojarzę go z widzenia.
* prawie 10 lat temu zaginal mój kolega z klasy z podstawówki. Szukał go nawet Rutkowski i wymyślał niestworzone historie z wyjazdem do Niemiec mimo,że wszystko wskazywało na samob* po zawodzie miłosnym co niestety się potwierdziło. Ludzie Rutkowskiego niby tak intensywnie przeczesywali teren swoim nowoczesnym sprzętem a chlopaka znalazł znajomy rodziny,powiesił się na drzewie w mało widocznym miejscu.
* W bloku za moim parę lat temu chłopak ,którego znałam z osiedla i szkoły zastrzelił w nocy siebie i swoją dziewczynę. Ojciec nie mógł się z nim skontaktować i przyjechał do mieszkania sprawdzić co się dzieje. Znalazł ich oboje...
*przeprowadziłam się do innego miasta po jakimś czasie zupełnym przypadkiem dowiedziałam się,że w tej samej klatce mieszkała zaginiona w 2000 roku dziewczynka,która do dnia dzisiejszego się nie odnalazła i do dziś nie ma żadnych nowych tropów w tej sprawie.
Ejjjol
-
Kasiakowalska1
- Bagietka z szarlott
- Posty: 163
- Rejestracja: czw sie 15, 2024 1:18 am
Hej, bardzo przykra historia. nie wiem czy w niej jest drugie dno, ale w takich sytuacjach gdzie młodzi eksperymentują ze znajomymi z substancjami które jeszcze w dodatku kilka lat można było sobie do koloru do wyboru zamówić zupełnie legalnie do paczkomatu (wiem z doświadczenia, całe moje ówczesne towarzystwo się tak bawilo) niestety bardzo często go nie ma i takie śmierci to często dzieło ponurego przykrego przypadku. Wtedy (i teraz pewnie też ale w innej wersji i składzie) to po prostu były bardzo słabo przebadane odczynniki chemiczne z jakiegoś chińskiego labu, ludzie nie wiedzieli do końca co biorą i brali te substancje zupełnie bezmyślnie z przekonaniem że są młodzi, bawią się świetnie a durne śmierci to trafiają się tylko idiotom którzy nie uważają. Większość osób które znam i które widziałam, że coś biorą, to zawsze sypała substancje niewiadomego pochodzenia „na oko” (znacie kogoś kto do klubu chodzi z wagą i testami?:D no właśnie), czasem ta różnica między dawką do dobrej zabawy a dawka śmiertelna to był 1mg, a to nie jest ilość która odróżni ludzkie oko, nawet nie wiadomo jak dobre i ostre. To jeśli chodzi o dawkowanie, a przecież jeszcze jest sama substancja która była często nie wiadomo skąd, nie wiadomo jaka. To że ci jakiś kolega mówi że to np mefedron to wcale nie znaczy że koniecznie tak jest, większość białych proszków a już zwłaszcza kwasów etc to jest właściwie nie do odróżnienia dla dzieciaków chcących zaimprezowac, być może już pod wpływem. Z tego co piszesz to mógł być po prostu przykry przypadek, być może ktoś jej coś dał i powiedział że to XYZ a prawda była inna. Moze nawet osoba która jej to dała sama nie wiedziała, a może trafiła na pazerną szuję która wiedziała co sprzedaje a nie powiedziała bo chciała zarobić. Może dlatego też nikt ze znajomych nic nie mówił, bo to był wypadek więc bez sensu wsadzać kogoś do pudła i robić pod górę na resztę życia w takiej sytuacji. Tak bywa niestety, może zabrzmię jak stary pryk ale naprawdę z substancjami nie ma żartów i bardzo przykre gdy przekonują się o tym na własnej skórze młode, pełne życia osoby które po prostu chciały się dobrze bawić z grupą znajomych. Jak już cos bierzecie to uważajcie na siebie, na waszych znajomych, nawet na obcych ludzi dookoła was, nie wierzcie na słowo zwłaszcza dilusom którzy widzą w was bankomat, sprawdzajcie dawkowanie, czytajcie, edukujcie się a przede wszystkim nie bierzcie niczego jeśli nie wiecie co to jest i jak działa. Jak słyszę o ludziach którzy się cieszą jak im w klubie ktoś obcy zaproponuje za darmo krechę czegoś czy jakiegoś tabsa i bezmyślnie to biorą nie wiedząc co, kto, jak, po co itd to mi aż słabo. Cud że niektórzy jeszcze w ogóle żyją.Moris pisze: ↑sob lis 29, 2025 10:17 pm Niektóre z Waszych historii mrożą krew w żyłach. Dobrze, że żadnej z Was nic się nie stało, przynajmniej fizycznie. Mam nadzieję, że zadbacie o siebie. Warto pomyśleć o terapii, jeśli po latach wspomnienia zatruwają Wam życie.
Moja historia jest zupełnie inna. Koleżanka ze szkoły umarła niedługo po maturze. Dziewczyna z dobrej rodziny, ustawiona, ładna. Okazało się, że eksperymentowała z narkotykami. Wzięła tzw. krokodyla (kto wie, jak to działa, ten wie - a reszta sprawdza na własne ryzyko, zwłaszcza zdjęcia) i umarła w potwornych męczarniach. Zgnite tkanki, amputacja ręki, ostatecznie sepsa. Konała parę tygodni. Pogrzeb odbył się jakieś dwa tygodnie później, bo policja próbowała dociec, skąd miała taką substancję. Sprawie ukręcono łeb (ponoć przyczynili się do tego jej rodzice, ale tu nie wiem na pewno). Wśród jej najbliższego kręgu panowała zmowa milczenia - nie wiadomo, kto jej to załatwił, podał, czy to było pod przymusem czy nie. Była inteligentna i ambitna, miała plany na przyszłość, rozpoczęte studia. Totalnie nie pasowała do wizerunku osoby, która bierze taką toksyczną, niesamowicie ryzykowną "bombę" (jakaś marihuana, kwas - jeszcze, ale nie coś, co zupełnie realnie może zabić po jednej dawce). Dwa dni po pogrzebie po snapchacie latały zdjęcia z imprezy, na której bawiło się jej towarzystwo, i wcale nie wyglądali na przejętych. Jej chłopak szybko związał się z jej najbliższą przyjaciółką i razem wyjechali za granicę.
Nie mam pojęcia, czy za tym wszystkim stoi coś więcej, czy to po prostu seria fatalnych zbiegów okoliczności. Minęło wiele lat, ale nie potrafię przestać o tym myśleć, bo w najlepszym razie historia tragicznie przerwanego życia (nawet jeśli z głupoty), a w najgorszym jakaś bardzo mroczna historia. Czuję, że pod tym wszystkim jest dużo więcej, ale nie mam jak się dowiedzieć. Nawet nie wiem, czy bym chciała.
Sytuacja miała miejsce 17 lat temu. Wracałam z 1 klasy gimnazjum, mieszkałam w innej dzielnicy niż była szkoła i jeździłam 40 minut tramwajem. Wsiadłam w tramwaj przy szkole i zauważyłam że jakiś typ mi się przygląda... Całą drogę mi się przyglądał, ogólnie wysiadając z tego tramwaju mogłam się przesiąść na Inny tramwaj i podjechać jeszcze jeden przystanek bliżej domu, zazwyczaj tego nie robiłam bo mi się nie chciało czekać, więc szłam pieszo. Ale jak ten typ mi się tak przyglądał i przyglądał, zaczęłam się nieswojo czuć i postanowiłam poczekać na przesiadce na tramwaj.
Typ stał blisko mnie, jak ja szłam gdzieś na tym przystanku to on za mną.
W końcu podjechał tramwaj. Wsiadlam ostatnimi drzwiami, ten gościu za mną. Więc jedyne co zaczęłam biec do przodu, typ za mną. Mialam szczęście, że nagle do tego tramwaju wsiadło tyle ludzi, że praktycznie mnie zasłonili. Wysiadłam na następnym przystanku, widziałam tylko jak typ ze złością mi się przygląda z przedostatnich drzwi
Typ stał blisko mnie, jak ja szłam gdzieś na tym przystanku to on za mną.
W końcu podjechał tramwaj. Wsiadlam ostatnimi drzwiami, ten gościu za mną. Więc jedyne co zaczęłam biec do przodu, typ za mną. Mialam szczęście, że nagle do tego tramwaju wsiadło tyle ludzi, że praktycznie mnie zasłonili. Wysiadłam na następnym przystanku, widziałam tylko jak typ ze złością mi się przygląda z przedostatnich drzwi
-
lost_in_night_dreams
- Koczkodan
- Posty: 117
- Rejestracja: śr gru 06, 2023 4:10 pm
Może nie do końca kryminalna, ale chyba pasuje do tego tematu.
Kilka lat temu, moja koleżanka (nazwijmy ją M.) rzuciła się pod pociąg, i przeżyła, ale straciła obie nogi i jedną rękę. Za próbą tej dziewczyny jest naprawdę przykra historia. Dziewczyna dorastała bez ojca, mieszkała tylko z matką i straszą siostra na początku u babci w mojej miejscowości, a później mieszkały w Warszawie. Jej siostra wyjechała za granicę, i w pewnym momencie, matka poznała nowego faceta i całkowicie zaniedbała M. i jak skończyła podstawówkę, to wysłała ją z powrotem do mojej miejscowosci do tej babci. M. jak słyszałam bardzo mocno przeżyła wyprowadzkę i brak zainteresowania ze swojej matki, i wpadła w złe towarzystwo. Wiadomo alkohol, używki, imprezy, wagary, i miała nawet kuratora, ale matki to nie interesowało. W końcu podjęła próbę, i leżała w szpitalu przez parę dobrych miesięcy. Matka wstawiała płaczliwe posty na Facebooku, założyła zbiórkę, była nawet w lokalnym radiu, ale jak M. wyszła ze szpitala, to odstawiła ją do tej babci i tylko czasami wpadała. Dzisiaj kilka lat później, M. jako tako funkcjonuje, ma protezy, mieszka z starzejąca się babcia, a jej matka chyba już jest poza jej życiem, bo chwali się postami jak świetnie żyje się jej zagranicą.
Kilka lat temu, moja koleżanka (nazwijmy ją M.) rzuciła się pod pociąg, i przeżyła, ale straciła obie nogi i jedną rękę. Za próbą tej dziewczyny jest naprawdę przykra historia. Dziewczyna dorastała bez ojca, mieszkała tylko z matką i straszą siostra na początku u babci w mojej miejscowości, a później mieszkały w Warszawie. Jej siostra wyjechała za granicę, i w pewnym momencie, matka poznała nowego faceta i całkowicie zaniedbała M. i jak skończyła podstawówkę, to wysłała ją z powrotem do mojej miejscowosci do tej babci. M. jak słyszałam bardzo mocno przeżyła wyprowadzkę i brak zainteresowania ze swojej matki, i wpadła w złe towarzystwo. Wiadomo alkohol, używki, imprezy, wagary, i miała nawet kuratora, ale matki to nie interesowało. W końcu podjęła próbę, i leżała w szpitalu przez parę dobrych miesięcy. Matka wstawiała płaczliwe posty na Facebooku, założyła zbiórkę, była nawet w lokalnym radiu, ale jak M. wyszła ze szpitala, to odstawiła ją do tej babci i tylko czasami wpadała. Dzisiaj kilka lat później, M. jako tako funkcjonuje, ma protezy, mieszka z starzejąca się babcia, a jej matka chyba już jest poza jej życiem, bo chwali się postami jak świetnie żyje się jej zagranicą.
Ogólnie, same mądre słowa i zgadzam się w pełni. Kwestia jednak pozostaje taka, że krokodyla zażywa się dożylnie, a dziewczynie z opowieści zgniła ręka, co również przemawia za taką drogą zazycia. Nie znam absolutnie nikogo, kto zdecydowałby się zażyć cokolwiek dożylnie. Imprezowałam grubo, różne plugawe czynności widziałam i znam różnych ćpunów, ale to nie jest rzecz którą robi młodzież w ramach eksperymentu. To jest jednak silna granica, której większość ludzi nie przekroczy nigdy. Also, dopalacze były dostępne na wyciągnięcie ręki, w necie i w sklepach stacjonarnych, a krokodyl to była bardziej legenda z Rosji i choć były przypadki w naszym kraju, na bank mega trudno było to zdobyć, do heroiny trzeba było mieć grube znajomości więc do krokodyla tym bardziej. Mimo że wciągnięcie niewiadomego proszku z brudnego banknota w jakimś obszczanym kiblu samo w sobie jest złe, to przekroczenie granicy dania sobie krokodyla w żyłę to już kompletnie inny level. Sądzę, że ta historia może być naciągana.Kasiakowalska1 pisze: ↑ndz lis 30, 2025 1:33 pm Hej, bardzo przykra historia. nie wiem czy w niej jest drugie dno, ale w takich sytuacjach gdzie młodzi eksperymentują ze znajomymi z substancjami które jeszcze w dodatku kilka lat można było sobie do koloru do wyboru zamówić zupełnie legalnie do paczkomatu (wiem z doświadczenia, całe moje ówczesne towarzystwo się tak bawilo) niestety bardzo często go nie ma i takie śmierci to często dzieło ponurego przykrego przypadku. Wtedy (i teraz pewnie też ale w innej wersji i składzie) to po prostu były bardzo słabo przebadane odczynniki chemiczne z jakiegoś chińskiego labu, ludzie nie wiedzieli do końca co biorą i brali te substancje zupełnie bezmyślnie z przekonaniem że są młodzi, bawią się świetnie a durne śmierci to trafiają się tylko idiotom którzy nie uważają. Większość osób które znam i które widziałam, że coś biorą, to zawsze sypała substancje niewiadomego pochodzenia „na oko” (znacie kogoś kto do klubu chodzi z wagą i testami?:D no właśnie), czasem ta różnica między dawką do dobrej zabawy a dawka śmiertelna to był 1mg, a to nie jest ilość która odróżni ludzkie oko, nawet nie wiadomo jak dobre i ostre. To jeśli chodzi o dawkowanie, a przecież jeszcze jest sama substancja która była często nie wiadomo skąd, nie wiadomo jaka. To że ci jakiś kolega mówi że to np mefedron to wcale nie znaczy że koniecznie tak jest, większość białych proszków a już zwłaszcza kwasów etc to jest właściwie nie do odróżnienia dla dzieciaków chcących zaimprezowac, być może już pod wpływem. Z tego co piszesz to mógł być po prostu przykry przypadek, być może ktoś jej coś dał i powiedział że to XYZ a prawda była inna. Moze nawet osoba która jej to dała sama nie wiedziała, a może trafiła na pazerną szuję która wiedziała co sprzedaje a nie powiedziała bo chciała zarobić. Może dlatego też nikt ze znajomych nic nie mówił, bo to był wypadek więc bez sensu wsadzać kogoś do pudła i robić pod górę na resztę życia w takiej sytuacji. Tak bywa niestety, może zabrzmię jak stary pryk ale naprawdę z substancjami nie ma żartów i bardzo przykre gdy przekonują się o tym na własnej skórze młode, pełne życia osoby które po prostu chciały się dobrze bawić z grupą znajomych. Jak już cos bierzecie to uważajcie na siebie, na waszych znajomych, nawet na obcych ludzi dookoła was, nie wierzcie na słowo zwłaszcza dilusom którzy widzą w was bankomat, sprawdzajcie dawkowanie, czytajcie, edukujcie się a przede wszystkim nie bierzcie niczego jeśli nie wiecie co to jest i jak działa. Jak słyszę o ludziach którzy się cieszą jak im w klubie ktoś obcy zaproponuje za darmo krechę czegoś czy jakiegoś tabsa i bezmyślnie to biorą nie wiedząc co, kto, jak, po co itd to mi aż słabo. Cud że niektórzy jeszcze w ogóle żyją.
Tak tylko dopowiem, że ostatecznie przyczyną śmierci była sepsa, a dziewczyna spędziła ponad trzy tygodnie w szpitalu. Wiem ile to trwało, bo było wtedy duże poruszenie wśród młodzieży - zamawiane msze, modlitwy, update'y od jej znajomych na grupie messengerowej. Nie jestem w stanie nikogo przekonać do prawdziwości tej historii, bo napisałam tyle, ile sama wiem. Nie wykluczam, że mogłam uwierzyć w wersję podkręconą. Matka dziewczyny początkowo kolportowała opowieść, że ktoś jej "coś dosypał", ale to się szybko skończyło, bo ludzie zaczęli drążyć temat. Może rzeczywiście tam był problem z uzależnieniem i woleli przedstawić wersję od jednorazowym, głupim błędzie niż przyznać, że coś brała. Jeśli była uzależniona, to musiało pójść szybko, bo parę miesięcy wcześniej, podczas matur, funkcjonowała jak każda inna uczennica (mogła z czymś eksperymentować, ale na pewno nie była ćpunką). Co nie zmienia faktu, że to mogło się wydarzyć - studia, nowe środowisko, może urwała się ze smyczy i tak skończyła.Hinata99 pisze: ↑wt gru 02, 2025 12:42 pm Ale to też nie jest tak, że ktoś raz weźmie krokodyla czy cokolwiek innego, zgnije mu ręka i w ciągu tygodnia skona w męczarniach. Są stany zapalne, wybroczyny, ropnie, gangrena, na końcu sepsa, to jest proces. Poza tym, jeśli dziewczyna była z dobrego domu, to nie otrzymała pomocy lekarskiej? Opioidy działają kilka godzin i co, jak zeszła faza to rodzina zostawiła ją na pastwę losu? Przy opioidach, śmierć wynika najczęściej z przedawkowania, związanej z nim depresji OUN i zatrzymania oddechu, a nie z umierania tydzień na sepsę. To może i miałoby miejsce, ale u wieloletnich ćpunów z zajechanymi żyłami. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że to fake.
W sumie to ma mnóstwo sensu, nie myślałam nad tym od tej strony. Co do tego, czy to rzeczywiście był krokodyl: informacja o tym była tajemnicą poliszynela i opisy dostarczane przez jej najbliższe grono zgadzały się z tym, co można wyczytać w Internecie. Czy tak było na pewno? Nie wiem, musiałabym zobaczyć wyniki sekcji. Całość zawsze brzmiała dla mnie przekonująco. Sama jestem laikiem w temacie substancji psychoaktywnych, a ta historia miała na mnie taki wpływ, że nigdy nie spróbowałam niczego mocniejszego niż alkohol. Dzięki wszystkim za merytoryczne komentarze, bo po latach pomogły mi ułożyć sobie w głowie tę historię - możliwe, że zamiast "koleżanka wzięła krokodyla i umarła" w rzeczywistości było to "koleżanka przez dłuższy czas miała problem z narkotykami, nikt tego nie widział, i ostatecznie przesadziła". Czyli nie true crime, a tragedia.Takklaudia pisze: ↑wt gru 02, 2025 3:18 pm Też mi się tak wydaje. Ewentualnie po prostu dziewczyna od dłuższego czasu eksperymentowała z narkotykami podawanymi dożylnie, a wersja o tym, że to jednorazowy strzał ją zabił była tylko po to, żeby wybielić rodzinę, że nic nie zauważyli.
Moim zdaniem, jeżeli ktoś wpada na pomysł żeby podać sobie coś dożylnie to już musi być w bardzo zaawansowanej fazie uzależnienia. A co do krokodyla, to pewnie każdy wierzy, że od 1 razu nic się nie stanie, i jak raz weźmie to nawet nikt się nie dowie
Długo się zastanawiałam czy się tym podzielić, bo do dziś się czuję „brudna” po tej sytuacji.
Nigdy nie byłam typem imprezowiczki, natomiast jako studentka postanowiłam trochę nadrobić. Wraz ze znajomymi z roku zdecydowaliśmy się zorganizować dużą domówkę. Pamiętam, że praktycznie cały czas z kimś rozmawiałam, gdy nagle podszedł chłopak, którego nie kojarzyłam, całkiem przystojny i sympatyczny, dobrze nam się rozmawiało. Przez całą imprezę wypiłam może jedno piwo i miałam w ręku słabego drinka, bardziej chyba dla ozdoby. Pamiętam, że na chwilę dałam mu go potrzymać bo musiałam iść do toalety. Była to ogromna głupota, poczułam się za luźno i za pewnie przy tak dużej ilości ludzi, których znałam. W trakcie zabawy wypiłam drinka i pamiętam, że nogi zaczęły robić mi się miękkie i ogólnie zaczęłam dziwnie się czuć. Pamiętam jak przez mgłę, że ów chłopak chciał się mną „zaopiekować” i zaprowadził mnie do sypialni, zaczął mnie rozbierać, całować itd na szczęcie wszedł mój były chłopak i go wziął za szmaty. Uratował mnie przed wiadomo czym. Później się dowiedziałam, że nikt tego chłopaka nie znał i musiał wejść po prostu do mieszkania, bo było otwarte. Wiadomo jak to na domówkach, ktoś wychodzi zapalić, ktoś po alkohol i się drzwi nie zamyka. Do dziś pamiętam jego dotyk na moim ciele, strach i brak sił by krzyczeć. Jest mi tak wstyd za moją głupotę.
Nigdy nie byłam typem imprezowiczki, natomiast jako studentka postanowiłam trochę nadrobić. Wraz ze znajomymi z roku zdecydowaliśmy się zorganizować dużą domówkę. Pamiętam, że praktycznie cały czas z kimś rozmawiałam, gdy nagle podszedł chłopak, którego nie kojarzyłam, całkiem przystojny i sympatyczny, dobrze nam się rozmawiało. Przez całą imprezę wypiłam może jedno piwo i miałam w ręku słabego drinka, bardziej chyba dla ozdoby. Pamiętam, że na chwilę dałam mu go potrzymać bo musiałam iść do toalety. Była to ogromna głupota, poczułam się za luźno i za pewnie przy tak dużej ilości ludzi, których znałam. W trakcie zabawy wypiłam drinka i pamiętam, że nogi zaczęły robić mi się miękkie i ogólnie zaczęłam dziwnie się czuć. Pamiętam jak przez mgłę, że ów chłopak chciał się mną „zaopiekować” i zaprowadził mnie do sypialni, zaczął mnie rozbierać, całować itd na szczęcie wszedł mój były chłopak i go wziął za szmaty. Uratował mnie przed wiadomo czym. Później się dowiedziałam, że nikt tego chłopaka nie znał i musiał wejść po prostu do mieszkania, bo było otwarte. Wiadomo jak to na domówkach, ktoś wychodzi zapalić, ktoś po alkohol i się drzwi nie zamyka. Do dziś pamiętam jego dotyk na moim ciele, strach i brak sił by krzyczeć. Jest mi tak wstyd za moją głupotę.
Omg faktycznie miałaś szczęście w nieszczęściufvtmv23 pisze: ↑czw gru 04, 2025 9:39 am Długo się zastanawiałam czy się tym podzielić, bo do dziś się czuję „brudna” po tej sytuacji.
Nigdy nie byłam typem imprezowiczki, natomiast jako studentka postanowiłam trochę nadrobić. Wraz ze znajomymi z roku zdecydowaliśmy się zorganizować dużą domówkę. Pamiętam, że praktycznie cały czas z kimś rozmawiałam, gdy nagle podszedł chłopak, którego nie kojarzyłam, całkiem przystojny i sympatyczny, dobrze nam się rozmawiało. Przez całą imprezę wypiłam może jedno piwo i miałam w ręku słabego drinka, bardziej chyba dla ozdoby. Pamiętam, że na chwilę dałam mu go potrzymać bo musiałam iść do toalety. Była to ogromna głupota, poczułam się za luźno i za pewnie przy tak dużej ilości ludzi, których znałam. W trakcie zabawy wypiłam drinka i pamiętam, że nogi zaczęły robić mi się miękkie i ogólnie zaczęłam dziwnie się czuć. Pamiętam jak przez mgłę, że ów chłopak chciał się mną „zaopiekować” i zaprowadził mnie do sypialni, zaczął mnie rozbierać, całować itd na szczęcie wszedł mój były chłopak i go wziął za szmaty. Uratował mnie przed wiadomo czym. Później się dowiedziałam, że nikt tego chłopaka nie znał i musiał wejść po prostu do mieszkania, bo było otwarte. Wiadomo jak to na domówkach, ktoś wychodzi zapalić, ktoś po alkohol i się drzwi nie zamyka. Do dziś pamiętam jego dotyk na moim ciele, strach i brak sił by krzyczeć. Jest mi tak wstyd za moją głupotę.
Dobrze ze twój ex zareagowal!
Przypomniałaś mi o historii jak byłam młoda i głupia
Na drugi dzień okazało sie ze nic nie pamieta od momentu wypicia tego drinka. W klubie piłyśmy tyle samo i ja byłam tylko lekko wstawiona wiec niemożliwe żeby ona taka sama ilością upiła sie aż tak ze stracila pamięć? Wtedy doszłyśmy do tego ze musieli nam cos dosypać. Gdyby nie to ze ja straciłam swoj drink to obie byłybyśmy nieprzytomne i zrobiliby z nami co by chcieli
To było 20 lat temu, wtedy podcasty true crime nie były dostępne, świadomość niebezpieczeństw ogólnie byla o wiele mniejsza niż dzisiaj? Do tego naiwność i nieodpowiedzialność typowe dla nastolatek- recepta na tragedię gotowa.
Niestety, wiele dziewczyn doświadczyło nagłego zaniku pamięci po jednym drinku czy piwie. Ja sama miałam taką sytuację, parę lat temu w jednym klubie (co ciekawe gejowskim). Jasne, przed klubem piłam alkohol, ale wchodząc tam byłam jedynie wstawiona, z pełną świadomością. Niczego też nie brałam, ani nie paliłam nawet papierosów. W klubie po wypiciu kilku łyków piwa kompletnie urwał mi się film, wiem, że koledzy wpakowali mnie do taksówki. Byłam w takim stanie, że dwa dni dochodziłam do siebie. Nie pamiętam kompletnie nic. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam, ani wcześniej, ani później w swoim życiu. Podejrzewam, że coś zostało mi dosypane.
-
A.aleksandrowicz
- BlondDoczep
- Posty: 126
- Rejestracja: sob lut 08, 2025 4:03 pm
Mam historię rodzinną.
Ponad 20 lat temu zaginął mój dziadek. Byłam wtedy dzieckiem, ale dziadka dość dobrze pamiętam. Pewnego dnia wyszedł z domu i już do niego nie wrócił. Nie odnaleziono także zwłok. Na wsi panuje zmowa milczenia. W sumie to do dzisiaj. Podejrzewano że zamordowano to w jednym z domów, do którego często uczęszczał. Był w sprawę zaangażowany jasnowidz Jackowski, ale bez skutku.
Ponad 20 lat temu zaginął mój dziadek. Byłam wtedy dzieckiem, ale dziadka dość dobrze pamiętam. Pewnego dnia wyszedł z domu i już do niego nie wrócił. Nie odnaleziono także zwłok. Na wsi panuje zmowa milczenia. W sumie to do dzisiaj. Podejrzewano że zamordowano to w jednym z domów, do którego często uczęszczał. Był w sprawę zaangażowany jasnowidz Jackowski, ale bez skutku.
-
Arabella133
- RealDiamond
- Posty: 750
- Rejestracja: pn kwie 08, 2024 3:18 pm
Czytając o zbrodni z Jeleniej Góry, przypomniała mi się pewna sprawa dotyczącą kolegi mojego męża
Koleś ten zawsze przejawiał cech psychopatyczne Mordował
zwierzęta , narkotyzował się i upijał, napastował kobiety, pozorował samob* i ect.
Rodzina która go zaadoptowała była dla niego bardzo dobra ale on i tak po ukończeniu 18 roku życia zaczął pomieszkiwać z rodziną biologiczną- skrajną patologią Matkę biologiczną zastraszał i okradał. W zasadzie bał się tylko silniejszych i mocniej zaburzonych niż on
W końcu wylądował w więzieniu za zabójstwo Pokłócił się z jakimś żulem i zadźgał go nożem Ponieważ był pijany, sąd uznał to za okoliczność łagodzącą i dostał tylko kilka lat Po wyjściu z więzienia, zawiązał się z kobietą ( która jest psychologiem!) i manipuluje nią w ten sposób, że ona go utrzymuje i odseparowała swoje dzieci od siebie, żeby mieć więcej czasu dla partnera
Zdarzyło mi się kilka razy rozmawiać z nim przez telefon ( ponieważ z więzienia dzwonił do mojego męża) Naprawdę miałam wrażenie, że rozmawiam z wężem Miał przerażający ton głosu i sposób wypowiedzi Niby uprzejmy ale manipulujący i usiłujący natychmiast coś narzucić Widziałam go kiedyś na żywo - jeszcze przed zbrodnią i nadal pamiętam jego psychopatyczny wzrok Takie puste spojrzenie i ograniczoną mimikę
W zasadzie jestem pewna, że on coś jeszcze odwali, bo to zabójstwo spłynęło po nim jak woda po kaczce
Koleś ten zawsze przejawiał cech psychopatyczne Mordował
zwierzęta , narkotyzował się i upijał, napastował kobiety, pozorował samob* i ect.
Rodzina która go zaadoptowała była dla niego bardzo dobra ale on i tak po ukończeniu 18 roku życia zaczął pomieszkiwać z rodziną biologiczną- skrajną patologią Matkę biologiczną zastraszał i okradał. W zasadzie bał się tylko silniejszych i mocniej zaburzonych niż on
W końcu wylądował w więzieniu za zabójstwo Pokłócił się z jakimś żulem i zadźgał go nożem Ponieważ był pijany, sąd uznał to za okoliczność łagodzącą i dostał tylko kilka lat Po wyjściu z więzienia, zawiązał się z kobietą ( która jest psychologiem!) i manipuluje nią w ten sposób, że ona go utrzymuje i odseparowała swoje dzieci od siebie, żeby mieć więcej czasu dla partnera
Zdarzyło mi się kilka razy rozmawiać z nim przez telefon ( ponieważ z więzienia dzwonił do mojego męża) Naprawdę miałam wrażenie, że rozmawiam z wężem Miał przerażający ton głosu i sposób wypowiedzi Niby uprzejmy ale manipulujący i usiłujący natychmiast coś narzucić Widziałam go kiedyś na żywo - jeszcze przed zbrodnią i nadal pamiętam jego psychopatyczny wzrok Takie puste spojrzenie i ograniczoną mimikę
W zasadzie jestem pewna, że on coś jeszcze odwali, bo to zabójstwo spłynęło po nim jak woda po kaczce
O fuck, o tym panu jeszcze usłyszymy.Arabella133 pisze: ↑czw gru 18, 2025 10:55 am Czytając o zbrodni z Jeleniej Góry, przypomniała mi się pewna sprawa dotyczącą kolegi mojego męża
Koleś ten zawsze przejawiał cech psychopatyczne Mordował
zwierzęta , narkotyzował się i upijał, napastował kobiety, pozorował samob* i ect.
Rodzina która go zaadoptowała była dla niego bardzo dobra ale on i tak po ukończeniu 18 roku życia zaczął pomieszkiwać z rodziną biologiczną- skrajną patologią Matkę biologiczną zastraszał i okradał. W zasadzie bał się tylko silniejszych i mocniej zaburzonych niż on
W końcu wylądował w więzieniu za zabójstwo Pokłócił się z jakimś żulem i zadźgał go nożem Ponieważ był pijany, sąd uznał to za okoliczność łagodzącą i dostał tylko kilka lat Po wyjściu z więzienia, zawiązał się z kobietą ( która jest psychologiem!) i manipuluje nią w ten sposób, że ona go utrzymuje i odseparowała swoje dzieci od siebie, żeby mieć więcej czasu dla partnera
Zdarzyło mi się kilka razy rozmawiać z nim przez telefon ( ponieważ z więzienia dzwonił do mojego męża) Naprawdę miałam wrażenie, że rozmawiam z wężem Miał przerażający ton głosu i sposób wypowiedzi Niby uprzejmy ale manipulujący i usiłujący natychmiast coś narzucić Widziałam go kiedyś na żywo - jeszcze przed zbrodnią i nadal pamiętam jego psychopatyczny wzrok Takie puste spojrzenie i ograniczoną mimikę
W zasadzie jestem pewna, że on coś jeszcze odwali, bo to zabójstwo spłynęło po nim jak woda po kaczce
Swoją drogą, jestem ciekawa jakie pobudki kierują tą panią psycholog, że się z nim związała.
-
Arabella133
- RealDiamond
- Posty: 750
- Rejestracja: pn kwie 08, 2024 3:18 pm
Nie wiem bo on po prostu wygląda na zwyrola Nie chciałabym minuty z nim spędzić Może ona sądzi że go naprawi ale już w więzieniu miał plan, że zwiąże się ze starszą, zamożną kobietą żeby go utrzymywała
U mojej mamy na wsi gość podpalił drugiego żywcem,bo jarał go ogień, później patrzył jak on się pali i gdy ktoś wezwał pomoc udawał że nie wie kto to zrobił.Chlop zmarł w męczarniach a ten czubek siedzi w psychiatryku
Ja niestety jako dziecko miałam kilka trudnych sytuacji.
Urodziłam się w końcówce lat 70, mając wec 7/8 lat samodzielnie poruszałam sie po ulicy. Zaczepił mnie kiedys facet i zaczął opowiadać ze zna mojego tatę. Wziął mnie za reke i zaczął isc, a ja jak automat z nim. Pamiętam ze miał bardzo śliską i ciepła dłoń. Zaczęliśmy isc w stronę takiego zagajnika. Czułam niebezpieczeństwo, ale nie bylam w stanie zareagować. Cale szczęście spotkaliśmy sąsiadkę, ktora widząc sytuację i nie znając tego faceta zaczela krzyczeć zeby mnie puscil. Ten zostawił mnie i zaczął uciekać. Sąsiadka odporwadzila mnie do domu. Ale moj tata i inni sąsiedzi zaczęli go szukać. Z opowieści wiem, ze go znaleźli i spuścili manto zabraniając rozmowy z dziecmi. Niestety dwa lata później byliśmy na wakacjach w innej miejscowości i stałam sobie oglądając wystawę, znowu zaczepił mnie facet i daje sobie glowe uciąć ze to byl ten sam
jak zobaczył mojego tate to zaczął uciekać, ale nie znając miasta nie byliśmy w stanie go znaleźć.
Majac babcie na wsi spędzałam u niej duzo czasu. Byłam juz wczesna nastolatka gdy do naszej bandy przczepil sie taki wujek, 40 letni. Niby zabawny, ale cos w nim bylo dziwnego. Nie umawiając sie, gdy tylko sie pojawiał przy nas bardzo sie pilnowaliśmy aby nie zostac z nim sam na sam. Niestety zaczął byc bardzo nachalny. Zaczely sie obmacywania, lapanie za piersi. Kuzynke przewrocil i zaczal sciagac spodnie. Poskarzylysmy sie dorosłym i wujkowie znów rozwiązali to w najlepszy dla siebie sposob. Pobili go mocno i zapowiedzieli ze nie ma prawa nikogo tknac. Skończyło sie, ale wiem ze przez lata byl pilnowany przez mieszkańców i od czasu do czasu przypominali mu zasady. Nikogo nie dotknął, ogarniczhl sie do podglądania. Skończył jako samotny pijak.
Te historię zostawiły we mnie slad, zawsze wychodzę po.moja corke i nigdy nie zaluje czasu i pieniędzy na jej powrot. Jeżeli nie moge jej odebrać z imprezy to zamiawiam znana sobie taksowke i płace. Wolę zapłacić duzo, ale nie chce aby sama wracała nocnym autobusem. Wasze historię przypomniały mi dziecięce traumy. Mam wrażenie ze teraz jest tego mniej, moze dlatego ze dzieci.jednak sa lepiej pilnowane ? Teraz chyba niewyobrażalne jest aby 7 latek wracal sam ze szkoly, kiedys to norma
Urodziłam się w końcówce lat 70, mając wec 7/8 lat samodzielnie poruszałam sie po ulicy. Zaczepił mnie kiedys facet i zaczął opowiadać ze zna mojego tatę. Wziął mnie za reke i zaczął isc, a ja jak automat z nim. Pamiętam ze miał bardzo śliską i ciepła dłoń. Zaczęliśmy isc w stronę takiego zagajnika. Czułam niebezpieczeństwo, ale nie bylam w stanie zareagować. Cale szczęście spotkaliśmy sąsiadkę, ktora widząc sytuację i nie znając tego faceta zaczela krzyczeć zeby mnie puscil. Ten zostawił mnie i zaczął uciekać. Sąsiadka odporwadzila mnie do domu. Ale moj tata i inni sąsiedzi zaczęli go szukać. Z opowieści wiem, ze go znaleźli i spuścili manto zabraniając rozmowy z dziecmi. Niestety dwa lata później byliśmy na wakacjach w innej miejscowości i stałam sobie oglądając wystawę, znowu zaczepił mnie facet i daje sobie glowe uciąć ze to byl ten sam
Majac babcie na wsi spędzałam u niej duzo czasu. Byłam juz wczesna nastolatka gdy do naszej bandy przczepil sie taki wujek, 40 letni. Niby zabawny, ale cos w nim bylo dziwnego. Nie umawiając sie, gdy tylko sie pojawiał przy nas bardzo sie pilnowaliśmy aby nie zostac z nim sam na sam. Niestety zaczął byc bardzo nachalny. Zaczely sie obmacywania, lapanie za piersi. Kuzynke przewrocil i zaczal sciagac spodnie. Poskarzylysmy sie dorosłym i wujkowie znów rozwiązali to w najlepszy dla siebie sposob. Pobili go mocno i zapowiedzieli ze nie ma prawa nikogo tknac. Skończyło sie, ale wiem ze przez lata byl pilnowany przez mieszkańców i od czasu do czasu przypominali mu zasady. Nikogo nie dotknął, ogarniczhl sie do podglądania. Skończył jako samotny pijak.
Te historię zostawiły we mnie slad, zawsze wychodzę po.moja corke i nigdy nie zaluje czasu i pieniędzy na jej powrot. Jeżeli nie moge jej odebrać z imprezy to zamiawiam znana sobie taksowke i płace. Wolę zapłacić duzo, ale nie chce aby sama wracała nocnym autobusem. Wasze historię przypomniały mi dziecięce traumy. Mam wrażenie ze teraz jest tego mniej, moze dlatego ze dzieci.jednak sa lepiej pilnowane ? Teraz chyba niewyobrażalne jest aby 7 latek wracal sam ze szkoly, kiedys to norma
-
Stillasatree
- BlondDoczep
- Posty: 144
- Rejestracja: sob lip 27, 2024 9:08 am
Ale przynajmniej wujowie i tata to rozwiązywali prawdopodobnie w najlepszy sposób jaki umieli, ale ile jest dzieci, którym nikt nie wierzy, albo nie reaguje wcale jak się skarżą? Także mimo wszystko miałaś dużo szczęścia, że ani nie stała Ci się krzywda, ani też nikt Cię nie wyśmiał, tylko obroniłwasylkap pisze: ↑wt gru 23, 2025 12:04 am Ja niestety jako dziecko miałam kilka trudnych sytuacji.
Urodziłam się w końcówce lat 70, mając wec 7/8 lat samodzielnie poruszałam sie po ulicy. Zaczepił mnie kiedys facet i zaczął opowiadać ze zna mojego tatę. Wziął mnie za reke i zaczął isc, a ja jak automat z nim. Pamiętam ze miał bardzo śliską i ciepła dłoń. Zaczęliśmy isc w stronę takiego zagajnika. Czułam niebezpieczeństwo, ale nie bylam w stanie zareagować. Cale szczęście spotkaliśmy sąsiadkę, ktora widząc sytuację i nie znając tego faceta zaczela krzyczeć zeby mnie puscil. Ten zostawił mnie i zaczął uciekać. Sąsiadka odporwadzila mnie do domu. Ale moj tata i inni sąsiedzi zaczęli go szukać. Z opowieści wiem, ze go znaleźli i spuścili manto zabraniając rozmowy z dziecmi. Niestety dwa lata później byliśmy na wakacjach w innej miejscowości i stałam sobie oglądając wystawę, znowu zaczepił mnie facet i daje sobie glowe uciąć ze to byl ten samjak zobaczył mojego tate to zaczął uciekać, ale nie znając miasta nie byliśmy w stanie go znaleźć.
Majac babcie na wsi spędzałam u niej duzo czasu. Byłam juz wczesna nastolatka gdy do naszej bandy przczepil sie taki wujek, 40 letni. Niby zabawny, ale cos w nim bylo dziwnego. Nie umawiając sie, gdy tylko sie pojawiał przy nas bardzo sie pilnowaliśmy aby nie zostac z nim sam na sam. Niestety zaczął byc bardzo nachalny. Zaczely sie obmacywania, lapanie za piersi. Kuzynke przewrocil i zaczal sciagac spodnie. Poskarzylysmy sie dorosłym i wujkowie znów rozwiązali to w najlepszy dla siebie sposob. Pobili go mocno i zapowiedzieli ze nie ma prawa nikogo tknac. Skończyło sie, ale wiem ze przez lata byl pilnowany przez mieszkańców i od czasu do czasu przypominali mu zasady. Nikogo nie dotknął, ogarniczhl sie do podglądania. Skończył jako samotny pijak.
Te historię zostawiły we mnie slad, zawsze wychodzę po.moja corke i nigdy nie zaluje czasu i pieniędzy na jej powrot. Jeżeli nie moge jej odebrać z imprezy to zamiawiam znana sobie taksowke i płace. Wolę zapłacić duzo, ale nie chce aby sama wracała nocnym autobusem. Wasze historię przypomniały mi dziecięce traumy. Mam wrażenie ze teraz jest tego mniej, moze dlatego ze dzieci.jednak sa lepiej pilnowane ? Teraz chyba niewyobrażalne jest aby 7 latek wracal sam ze szkoly, kiedys to norma
Dokładnie o tym samym pomyślałam, moi rodzice by ewentualnie mi zlali tyłek w takiej sytuacjiStillasatree pisze: ↑wt gru 23, 2025 8:18 am Ale przynajmniej wujowie i tata to rozwiązywali prawdopodobnie w najlepszy sposób jaki umieli, ale ile jest dzieci, którym nikt nie wierzy, albo nie reaguje wcale jak się skarżą? Także mimo wszystko miałaś dużo szczęścia, że ani nie stała Ci się krzywda, ani też nikt Cię nie wyśmiał, tylko obronił
Wracam czasem myślami do sytuacji, która przydarzyła mi się ok. 8 lat temu.
Pełnia lata, wracałam do domu ok. godz. 21, było bardzo ciepło i jeszcze jasno. Musiałam wsiąść w inny tramwaj niż zazwyczaj, a co za tym idzie - wysiąść na wcześniejszym przystanku. Nie przeszkadzało mi to, bo bardzo lubię chodzić, a pogoda była wtedy nadal mocno "spacerowa".
Pamiętam, że - co było akurat nieco dziwne na tę część miasta - na ulicach były pustki
żadnych aut, żadnych ludzi dookoła, dlatego zwróciłam od razu zwróciłam uwagę na to, że z tramwaju (na tym samym przystanku, co ja) wyszedł jakiś facet i zrobił dokładnie to samo, co ja - podszedł na drugi przystanek, sprawdził rozkład jazdy (chciałam się upewnić, czy aby na pewno nie przyjedzie inny tramwaj, który zawiózł by mnie niemalże bezpośrednio pod blok), a następnie skierował się w stronę przejścia dla pieszych. no dobra, zdarza się, przecież ludzie mogą iść w tym samym kierunku, nie?
przeszłam na zielonym, gościa zatrzymało czerwone światło. gdy się zmieniło - dosłownie przebiegł przez przejście i zaczął biec w moim kierunku.
moja pierwsza myśl - kur..a, na pewno chce mnie okraść, schowałam odtwarzacz mp3 do torebki, wyjęłam za to telefon, by w razie czego szybko zadzwonić do męża (wtedy jeszcze narzeczonego).
facet podbiegł do mnie, zrównał się ze mną i nie spuszczał ze mnie wzroku. zapytał o godzinę. odpowiedziałam. zorientowałam się też, że po mojej lewej stronie są ogródki działkowe, mnóstwo drzew i krzewów, i jeśli facet zdecyduje się mnie tam wciągnąć, to dosłownie po chwili nikt nie będzie mnie nawet widział. zdecydowałam się więc zejść na prawo i szłam po krawężniku oddzielającym chodnik od szerokopasowej drogi. stwierdziłam, że mam wtedy większą szansę na pozostanie "zauważoną", że lepiej wpaść na samochód, niż pozwolić się gościowi wciągnąć w krzaki.
i wtedy gościu powiedział coś, co mnie zmroziło - "boisz się, co?". i ten jego uśmiech, gdy o to pytał...
odpowiedziałam, że nie, choć w środku się gotowałam. zadzwoniłam szybko do męża, zaczęłam mu mówić, że mam ciężką torbę i czy może po mnie wyjść na przystanek, bo nie daję już sobie rady. jakimś dziwnym trafem mąż zrozumiał, że coś jest bardzo nie tak, i odpowiedział tylko "biegnę".
coś, za co podziwiam siebie - udało mi się zachować wtedy zimną krew. zobaczyłam, że dochodzimy do kolejnego przystanku tramwajowego (akurat tego, na którym powinnam była wysiąść, gdybym nie musiała jechać innym tramwajem
) i stwierdziłam, że walę to, biegnę ulicą. dosłownie rzuciłam się do biegu, przebiegłam tę szerokopasmówkę i stanęłam na przystanku wśród ludzi (chyba ze 3 osoby tam stały, akurat tego nie pamiętam). szukałam gościa wzrokiem i zobaczyłam tylko, że jest mocno zdezorientowany, skierował się ku przejściu dla pieszych i ruszył w prawą stronę, mijając po drodze przystanek, na którym stałam. gdy usłyszałam i zobaczyłam biegnącego w moim kierunku męża, od razu mu wszystko opowiedziałam - przez chwilę rozglądaliśmy się za tamtym gościem, ale więcej już go nie zobaczyłam.
zastanawiam się czasem, jakie ten facet miał zamiary, co mu wtedy siedziało w głowie...
Pełnia lata, wracałam do domu ok. godz. 21, było bardzo ciepło i jeszcze jasno. Musiałam wsiąść w inny tramwaj niż zazwyczaj, a co za tym idzie - wysiąść na wcześniejszym przystanku. Nie przeszkadzało mi to, bo bardzo lubię chodzić, a pogoda była wtedy nadal mocno "spacerowa".
Pamiętam, że - co było akurat nieco dziwne na tę część miasta - na ulicach były pustki
przeszłam na zielonym, gościa zatrzymało czerwone światło. gdy się zmieniło - dosłownie przebiegł przez przejście i zaczął biec w moim kierunku.
moja pierwsza myśl - kur..a, na pewno chce mnie okraść, schowałam odtwarzacz mp3 do torebki, wyjęłam za to telefon, by w razie czego szybko zadzwonić do męża (wtedy jeszcze narzeczonego).
facet podbiegł do mnie, zrównał się ze mną i nie spuszczał ze mnie wzroku. zapytał o godzinę. odpowiedziałam. zorientowałam się też, że po mojej lewej stronie są ogródki działkowe, mnóstwo drzew i krzewów, i jeśli facet zdecyduje się mnie tam wciągnąć, to dosłownie po chwili nikt nie będzie mnie nawet widział. zdecydowałam się więc zejść na prawo i szłam po krawężniku oddzielającym chodnik od szerokopasowej drogi. stwierdziłam, że mam wtedy większą szansę na pozostanie "zauważoną", że lepiej wpaść na samochód, niż pozwolić się gościowi wciągnąć w krzaki.
i wtedy gościu powiedział coś, co mnie zmroziło - "boisz się, co?". i ten jego uśmiech, gdy o to pytał...
odpowiedziałam, że nie, choć w środku się gotowałam. zadzwoniłam szybko do męża, zaczęłam mu mówić, że mam ciężką torbę i czy może po mnie wyjść na przystanek, bo nie daję już sobie rady. jakimś dziwnym trafem mąż zrozumiał, że coś jest bardzo nie tak, i odpowiedział tylko "biegnę".
coś, za co podziwiam siebie - udało mi się zachować wtedy zimną krew. zobaczyłam, że dochodzimy do kolejnego przystanku tramwajowego (akurat tego, na którym powinnam była wysiąść, gdybym nie musiała jechać innym tramwajem
zastanawiam się czasem, jakie ten facet miał zamiary, co mu wtedy siedziało w głowie...
chociaż taka smutna "zaleta" ze kazdy teraz uważa mocno na dzieci i takie małe raczej same nie chodzą późniejszymi poramiwasylkap pisze: ↑wt gru 23, 2025 12:04 am Ja niestety jako dziecko miałam kilka trudnych sytuacji.
Urodziłam się w końcówce lat 70, mając wec 7/8 lat samodzielnie poruszałam sie po ulicy. Zaczepił mnie kiedys facet i zaczął opowiadać ze zna mojego tatę. Wziął mnie za reke i zaczął isc, a ja jak automat z nim. Pamiętam ze miał bardzo śliską i ciepła dłoń. Zaczęliśmy isc w stronę takiego zagajnika. Czułam niebezpieczeństwo, ale nie bylam w stanie zareagować. Cale szczęście spotkaliśmy sąsiadkę, ktora widząc sytuację i nie znając tego faceta zaczela krzyczeć zeby mnie puscil. Ten zostawił mnie i zaczął uciekać. Sąsiadka odporwadzila mnie do domu. Ale moj tata i inni sąsiedzi zaczęli go szukać. Z opowieści wiem, ze go znaleźli i spuścili manto zabraniając rozmowy z dziecmi. Niestety dwa lata później byliśmy na wakacjach w innej miejscowości i stałam sobie oglądając wystawę, znowu zaczepił mnie facet i daje sobie glowe uciąć ze to byl ten samjak zobaczył mojego tate to zaczął uciekać, ale nie znając miasta nie byliśmy w stanie go znaleźć.
Majac babcie na wsi spędzałam u niej duzo czasu. Byłam juz wczesna nastolatka gdy do naszej bandy przczepil sie taki wujek, 40 letni. Niby zabawny, ale cos w nim bylo dziwnego. Nie umawiając sie, gdy tylko sie pojawiał przy nas bardzo sie pilnowaliśmy aby nie zostac z nim sam na sam. Niestety zaczął byc bardzo nachalny. Zaczely sie obmacywania, lapanie za piersi. Kuzynke przewrocil i zaczal sciagac spodnie. Poskarzylysmy sie dorosłym i wujkowie znów rozwiązali to w najlepszy dla siebie sposob. Pobili go mocno i zapowiedzieli ze nie ma prawa nikogo tknac. Skończyło sie, ale wiem ze przez lata byl pilnowany przez mieszkańców i od czasu do czasu przypominali mu zasady. Nikogo nie dotknął, ogarniczhl sie do podglądania. Skończył jako samotny pijak.
Te historię zostawiły we mnie slad, zawsze wychodzę po.moja corke i nigdy nie zaluje czasu i pieniędzy na jej powrot. Jeżeli nie moge jej odebrać z imprezy to zamiawiam znana sobie taksowke i płace. Wolę zapłacić duzo, ale nie chce aby sama wracała nocnym autobusem. Wasze historię przypomniały mi dziecięce traumy. Mam wrażenie ze teraz jest tego mniej, moze dlatego ze dzieci.jednak sa lepiej pilnowane ? Teraz chyba niewyobrażalne jest aby 7 latek wracal sam ze szkoly, kiedys to norma
smutne są zmowy milczenia, ludzie nie rozumieją że lepiej dla rodziny by wiedziała co się stało aniżeli by tak żyli mając całę zycie z tyłu glowy niewiedze...A.aleksandrowicz pisze: ↑ndz gru 14, 2025 9:02 pm Mam historię rodzinną.
Ponad 20 lat temu zaginął mój dziadek. Byłam wtedy dzieckiem, ale dziadka dość dobrze pamiętam. Pewnego dnia wyszedł z domu i już do niego nie wrócił. Nie odnaleziono także zwłok. Na wsi panuje zmowa milczenia. W sumie to do dzisiaj. Podejrzewano że zamordowano to w jednym z domów, do którego często uczęszczał. Był w sprawę zaangażowany jasnowidz Jackowski, ale bez skutku.