Jestem bardzo za zapewnianiem ludziom godnego życia. Ludziom którzy uczciwie pracują i płacą podatki. Nic mnie tak nie wku*a jak fakt, że jest bardzo duża grupa najczęściej młodych ludzi którzy mogą sobie tylko pomarzyć o własnym mieszkaniu. A nawet o wynajmowanym, bo ceny nieruchomości są z kosmosu. Ceny kredytów są z kosmosu i pomimo zarobków ten kredyt trudno nawet dostać. To nie jest normalne żeby ludzie 25-35 lat musieli mieszkać z rodzicam, bo muszą tyle ciułać na cokolwiek swojego, albo muszą tak mieszkać na zawsze, bo nie dostaną kredytu. Nie jest normalne mieszkanie w przepełnionych poprzerabianych mieszkaniach jako dorosła pracująca osoba, bo nie stać cię na wynajem mieszkania pomimo, że normalnie zarabiasz. A jak już stać cię, to jest to pato- developerka która się coraz bardziej unormalnia. Ani to, że ludzie muszą kisić się w toksycznych sytuacjach rodzinnych i znosić je, bo nie stać ich żeby się wynieść. Pół biedy kiedy jest to miasto, gdzie jednak łatwiej o pracę, gorzej jak jest się na zabitej dechami pipidowie z mężem pijakiem i małymi dziećmi. Jest ogromny kryzys mieszkaniowy którego częściowo nie widać przez takie właśnie sytuacje a tu wywalają ci z rozdawaniem mieszkać menelom. I zdziwienie, że gdzie problem skoro to nie własnościowe. ku*wa no odkrycie roku, należy się takim nobel za rozwiązanie kryzysu bezdomności w państwie gdzie normalni ludzie mogą pomarzyć o mieszkaniu, choćby socjalnym do remontu. Ale poczekaj, bo przecież w stanach gdzie bezdomni są dużo gorsi to podejście się sprawdza. No tyle, że w stanach kryzys bezdomności i sytuacja na rynku nieruchomości wygląda zupełnie inaczej.terrible pisze: ↑pt maja 15, 2026 6:06 pm jestem lewaczką, może to istotne dla tego co napiszę, ale mimo zapędów podjęcia próby zapewnienia ludziom godnego życia, absolutnie się z zgadzam z tym, co napisałaś - bo wg mnie trzeba odróżnić chęć jakiejś sprawiedliwości społecznej i zapewnienia ludzi godnego bytu od bycia frajerem.
obecnie system promuje nieróbstwo i cwaniactwo. mieszkam w 5piętrowej kamienicy w centrum Warszawy, jestem z bardzo biednej rodziny, ale pracowałam od 15 roku życia, uczyłam się inwestycji, mieszkałam za granicą, zdobywałam umiejętności i udało mi się kupić małe mieszkanie na kredyt bez niczyjej pomocy. ale w czym rzecz; jestem jedną z 2-3 lokali w mojej kamienicy, które pracują i kupiły swoje mieszkania, reszta to mieszkania komunalne i absolutnie nic mnie nie wkurwia i nie frustruje jak to, gdy wracam zmęczona po robocie a przed blokiem siedzą sobie sąsiedzi z piwkiem, którzy nie muszą pracować i nie pracują wcale - jak jest dobrze, to przywitają mnie jako panią kierowniczkę, jak gorzej, to puszczą jakąś plotę o mnie bo "skąd niby miałam na mieszkanie?".
co chwilę coś jest zdemolowane, a kosztami obciążani są wszyscy, bo sąsiad z góry coś rozjebał, ale i tak nie zapłaci, czy sąsiadka która nie chce pracować a chce mieć kasę więc podnajmuje obcym ludziom pokoje. system jest tak skonstruowany, że oni mogą nie płacić, demolować, mam sąsiadów którzy fikcyjnie wzięli rozwód żeby dostać mieszkania obok siebie i przekuli ścianę (!), a i tak nic im nie grozi, ba, czekam aż się okaże że mogą te mieszkania wykupić za grosze - ja, uczciwie pracująca, solidarnie pokrywająca szkody z tymi ludźmi, jeśli nie wyrobię się z 1 ratą to kończe na bruku. a uwierzcie mi, to nie są schorowane dziadki: to ludzie w najlepszym wypadku z problemem z alkoholem, w najgorszym po prostu cwaniaczki, którym nic nie jest. do tego jako, że mają wszystko niemal za darmo, nie pracują i mogą nie płacić bez konsekwencji, nie czują wagi pieniądza i ot, a to se zniszczą domofon, a to skrzynki.
Także zgadzam się, żyjemy w takim momencie gospodarczym, że absolutnie każdy (zwłaszcza że ci ludzie mają naprawdę duże rodziny; tu jakis konkubent, tu dorosłe dzieci, niekiedy same mające już dzieci) zarobić tyle, żeby wynająć sobie mieszkanie.
I dorzucając jeszcze kamyk do tego ogródka; nie, nie każdego da się zresocjalizować i wyedukować i ten cały pozytywizm to mrzonka, niektórym po prostu brak inteligencji, czy to jeśli chodzi o intelekt, czy o emocje.
To jest taki poziom ignorancji i przekonania o własnej nieomylności, łagodnie mówiąc, że nawet nie chciało mi się komentować.