Hej!
long story short - przez dłuższy czas w dorosłym życiu optymalizowałam wszystko (teraz to tak ładnie się nazywa: maxxing) i doszłam do takiego momentu w życiu, że nie mam już co poprawiać, bo ogarnęłam wszystko, co chciałam. Przez ciężki okres w życiu prywatnym zaczęłam dużo o tym myśleć i zauważyłam, że moje życie to jeden wielki arkusz kalkulacyjny - ile filmów, książek, wizyt w teatrze, ile kroków, kilogramów, centymetrów tu i tam, ile znajomych, jakie zasięgi, na ile oceniam życie, hobby, relacje, ile kursów zrobiłam, ile jest do zrobienia. Relacje stały się zadaniowe, tj. napisać, podtrzymać rozmowę, jest ok, kolejny.
Mam stwierdzoną depresję. Na nią też znalazłam "rozwiązanie": lista rzeczy, które poprawią mi humor, zajęcia na pochłonięcie złych myśli etc.
W końcu rzuciłam to wszystko i stwierdziłam, że może trzeba po prostu być smutasem, wywalić ten arkusz i spróbować cieszyć się tym, co jest. Tylko bez tych liczb, bez tych zadań czuję się, jakbym nic nie zrobiła (a ostatnie dwa lata to też intensywny rozwój zawodowy) i jest mi dalej źle.
Czuję wyrzuty sumienia, że nie umiem cieszyć się tym, co mam. Po prostu to doceniam, ale daleko mi do skakania pod sufit. Zaczynam sądzić, że to nie kwestia charakteru, tylko nadmiaru social mediów - je też ograniczyłam, dalej czuję to samo.
Już nie wiem, co robić. Czy dalej żyć listą zadań i liczbami, które sprawiają, że wciąż czuję się niewystarczająca we własnych oczach czy odpuścić i dalej czuć się tak, jakbym marnowała życie.
A może jest jakiś złoty środek, którego nie widzę? Może są jakieś badania, książki, które mówią coś więcej na temat podejścia do życia?