Szukałam odpowiedniego tematu, ale nie znalazłam. A mianowicie różnice pokoleniowe. Jestem millenialka, im jestem starsza tym bardziej nie rozumiem swoich rodziców i babci. Ode mnie oczekują luzu i dystansu przy jakiekolwiek krytyce, a im samym nie można nic powiedzieć. Ojciec od razu się wydziera, ostatnio tylko dlatego że miałam inne zdanie
Różnice pokoleniowe - boomerzy/millenialsi i inne:)
Moderatorzy: KasandraCwir, verysweetcherryRóżnice pokoleniowe - boomerzy/millenialsi i inne:)
Hejka!
Szukałam odpowiedniego tematu, ale nie znalazłam. A mianowicie różnice pokoleniowe. Jestem millenialka, im jestem starsza tym bardziej nie rozumiem swoich rodziców i babci. Ode mnie oczekują luzu i dystansu przy jakiekolwiek krytyce, a im samym nie można nic powiedzieć. Ojciec od razu się wydziera, ostatnio tylko dlatego że miałam inne zdanie
rodzice zawsze wspierali mnie finansowo i nigdy w życiu nic mi nie brakowało, jednak przez wybuchy ojca i brak jakiejkolwiek refleksji nad soba nigdy nie chce iść do nich z problemami. Mama to samo, trochę widzę że boi się taty ale też zawsze jak coś mówię to się obrusza, nie spróbuję zrozumieć ani postawić się w mojej sytuacji. Jednocześnie jak raz nie pomogłam rodzicom w czymś (byłam wtedy po rozstaniu po 5 letnim związku) i po prostu odmówiłam to zostałam nazwana egoistką. Mam wrażenie że oni nie potrafią się komunikować, zwrócenie uwagi to dla nich obraza i koniec świata. Dodam że ja im nie mówię Ty jesteś taki i owaki, tylko mówię że np zraniło mnie to ich zachowanie i proszę żeby tego nie robili. Babcia to w ogóle dramat, siedzisz cicho zle, za głośno zle. Siedzisz tylko w domu zle, nie ma Cie cały dzień w domu zle - tak było od dziecka. Mam podejrzenia że to wszystko wpłynęło na moje poczucie wartości w dorosłym życiu i dlatego do teraz bardzo przejmuje się ich humorami. Nie mam też rodzeństwa więc zawsze czułam się bardzo samotna, nie miałam kogoś kto by np powiedział - nie przejmuj się starymi ;) czy Wy też tak macie? Jak sobie z tym radzicie? Czy po prostu to olewacie albo można się nauczyć olewać to?
Szukałam odpowiedniego tematu, ale nie znalazłam. A mianowicie różnice pokoleniowe. Jestem millenialka, im jestem starsza tym bardziej nie rozumiem swoich rodziców i babci. Ode mnie oczekują luzu i dystansu przy jakiekolwiek krytyce, a im samym nie można nic powiedzieć. Ojciec od razu się wydziera, ostatnio tylko dlatego że miałam inne zdanie
Nie no...po prostu opisałaś jeden do jednego sytuacje z mojego rodzinnego domuAKaBe93 pisze: ↑śr sie 26, 2026 7:53 pm Hejka!
Szukałam odpowiedniego tematu, ale nie znalazłam. A mianowicie różnice pokoleniowe. Jestem millenialka, im jestem starsza tym bardziej nie rozumiem swoich rodziców i babci. Ode mnie oczekują luzu i dystansu przy jakiekolwiek krytyce, a im samym nie można nic powiedzieć. Ojciec od razu się wydziera, ostatnio tylko dlatego że miałam inne zdanierodzice zawsze wspierali mnie finansowo i nigdy w życiu nic mi nie brakowało, jednak przez wybuchy ojca i brak jakiejkolwiek refleksji nad soba nigdy nie chce iść do nich z problemami. Mama to samo, trochę widzę że boi się taty ale też zawsze jak coś mówię to się obrusza, nie spróbuję zrozumieć ani postawić się w mojej sytuacji. Jednocześnie jak raz nie pomogłam rodzicom w czymś (byłam wtedy po rozstaniu po 5 letnim związku) i po prostu odmówiłam to zostałam nazwana egoistką. Mam wrażenie że oni nie potrafią się komunikować, zwrócenie uwagi to dla nich obraza i koniec świata. Dodam że ja im nie mówię Ty jesteś taki i owaki, tylko mówię że np zraniło mnie to ich zachowanie i proszę żeby tego nie robili. Babcia to w ogóle dramat, siedzisz cicho zle, za głośno zle. Siedzisz tylko w domu zle, nie ma Cie cały dzień w domu zle - tak było od dziecka. Mam podejrzenia że to wszystko wpłynęło na moje poczucie wartości w dorosłym życiu i dlatego do teraz bardzo przejmuje się ich humorami. Nie mam też rodzeństwa więc zawsze czułam się bardzo samotna, nie miałam kogoś kto by np powiedział - nie przejmuj się starymi ;) czy Wy też tak macie? Jak sobie z tym radzicie? Czy po prostu to olewacie albo można się nauczyć olewać to?
Ja wiem, że to nie jest śmieszne, ale u mnie dokładnie było tak samo. Było, ponieważ dziadkowie już nie żyją, mama również, z ojcem nie utrzymuję kontaktu, ponieważ całe życie stosował wobec rodziny przemoc psychiczną i niejednokrotnie dosłownie po głowie również dostałam. Właśnie...był skrajnym cholerykiem, który jak się odpalił z byle powodu, to lepiej było spieprzać, bo wszyscy byli - i prymitywami społecznymi. Był super inteligentny, ale wykorzystywał to w kompletnie złych celach. Podobnie jak Ty jestem millenialką i mimo wariatkowa, który miałam w domu, to przez fakt, że dużo czytałam, zdobyłam solidne wykształcenie humanistyczne, próbowałam z nimi wszystkimi rozmawiać, bo im byłam starsza (patrz Ty sama
Nie...powiem Ci, że mam wrażenie, że jestem z innej planety, niż starszyzna z mojego domu. Pytasz, czy sobie z tym radziłam? Absolutnie nie! Miałam niskie poczucie własnej wartości, nigdy w siebie nie wierzyłam, mając 13 lat zachorowałam na anoreksję, bo non stop byłam krytykowana, a chwalona wcale, a chaosu, który w domu panował, nie sposób było opanować. Zamknęłam się w świecie kontroli swojego ciała. Nie potrafiłam wyjść z choroby przez kilkanaście lat. Podobnie jak Ty byłam samotna, czułam się nierozumiana, dziwna, inna. Choroba w ogóle odsunęła mnie od rówieśników. Przypuszczam, że teraz już jestem na tyle uodporniona, a przede wszystkim świadoma wszystkiego, że miałabym na to, co robią i mówią totalnie wywalone. Dodam, że naprawdę bardzo ich kochałam, ale żyć się z nimi nie dało.
Dziękuję za tą odpowiedź! U mnie co prawda nie było przemocy fizycznej, ale nigdy nie było wiadomo z jakiego powodu tata wybuchnie. Mama też jest raczej lękliwą osoba, ale też wyznaje jakąś hierarchię i też nie przyjmuje feedbacku ode mnie ze spokojem lub pokora. Więc to takie chodzenie po polu minowym trochę zawsze było. Jak chciałam zwrócić uwagę to nagle z ich zachowania stawałam się wrogiem publicznym numer 1, ale jak oni dają komentarze i rady to oczekują że się uśmiechnę i podziękuję. To pokolenie mam wrażenie że nie ma pokory w sobie niestety żadnej. Uważają że wszystko wiedzą najlepiej i to odwracanie kota ogonem w każdej sytuacji. Ostatnio też udało mi się nie wciągnąć w manipulację babci, jak nie zrobię coś po jej myśli albo odmówię to nagle przechodzi do mojej oceny „a dlaczego Ty jesteś taka jakaś uparta/przewrazliwiona/niemila” więc tym razem usłyszałam że jestem taka jakaś dorosła i pewna siebie - to dla niej negatywne cechy - wtedy już mocno smiechlamMagda0888 pisze: ↑czw sie 27, 2026 9:12 am Nie no...po prostu opisałaś jeden do jednego sytuacje z mojego rodzinnego domu![]()
Ja wiem, że to nie jest śmieszne, ale u mnie dokładnie było tak samo. Było, ponieważ dziadkowie już nie żyją, mama również, z ojcem nie utrzymuję kontaktu, ponieważ całe życie stosował wobec rodziny przemoc psychiczną i niejednokrotnie dosłownie po głowie również dostałam. Właśnie...był skrajnym cholerykiem, który jak się odpalił z byle powodu, to lepiej było spieprzać, bo wszyscy byli - i prymitywami społecznymi. Był super inteligentny, ale wykorzystywał to w kompletnie złych celach. Podobnie jak Ty jestem millenialką i mimo wariatkowa, który miałam w domu, to przez fakt, że dużo czytałam, zdobyłam solidne wykształcenie humanistyczne, próbowałam z nimi wszystkimi rozmawiać, bo im byłam starsza (patrz Ty sama), tym bardziej wiedziałam, że trzeba ze sobą rozmawiać, komunikować się, mówić o emocjach, uczuciach, a problemy rozwiązywać właśnie przez rozmowę, a nie krzykiem, histerią, płaczem, milczeniem, obrażaniem się, wyzwiskami, trzaskaniem drzwiami. I co z tego miałam? Nic. No nie dało się tych ludzi zreformować. Do starego w chwilach pokoju próbowałam przemówić, żeby na mnie nie krzyczał i mnie nie przezywał, bo to przykre. Jednym uchem wleciało, drugim wyleciało, chociaż się ze mną zgadzał. Matka caaaałeee życie ubolewała, jakie ma ciężkie życie i chłopa nie do zniesienia. Jej wizyty u koleżanek w 80% składały się z obopólnego narzekania na swoich mężów. Gdy kiedyś wezwałam policję, bo ojciec mnie uderzył, a miałam 17 lat i wszystkiego już dość, to cała rodzina się na mnie obraziła, bo jaki to wstyd, gdy policja przyjeżdża pod chatę. Aaaa, pranie brudów w 4 ścianach. Dodam, że to była inteligencka rodzina. Rodzice wykształceni, materialnie miałam wszystko, a emocjonalnie jakaś totalna patologia. No i witaj w klubie egoistek. Ja za każdym razem byłam egoistką, gdy chciałam coś zrobić po swojemu i dla swojego dobra. Podobnie jak Ty najbardziej przejmowałam się tym, co do mnie mówią najbliżsi i niestety były to czasy, gdy nas tresowano na ,,starszy, więc ma racje, a ja się mylę'', więc praktycznie do końca studiów słuchałam złotych rad rodziców i dziadków, i przez to dla świętego spokoju często podejmowałam decyzje wbrew sobie. Przykład? Kuzynka miała zamiar poprosić mnie, żebym została chrzestną jej synka. W ogóle mi to nie siedziało, bo raz, że z kościołem mam nie po drodze, dwa, że kuzynka była mi kompletnie obojętna i nie miałam z nią żadnej relacji. Powiedziałam do mamy i babci, że się nie zgodzę na bycie matką chrzestną, ale nią zostałam, bo babcia rzekła ,,magdalenko, dziecku się nie odmawia''. Ech, miałam wówczas 20 lat, więc wierzyłam w takie pierdololo starszych.
Nie...powiem Ci, że mam wrażenie, że jestem z innej planety, niż starszyzna z mojego domu. Pytasz, czy sobie z tym radziłam? Absolutnie nie! Miałam niskie poczucie własnej wartości, nigdy w siebie nie wierzyłam, mając 13 lat zachorowałam na anoreksję, bo non stop byłam krytykowana, a chwalona wcale, a chaosu, który w domu panował, nie sposób było opanować. Zamknęłam się w świecie kontroli swojego ciała. Nie potrafiłam wyjść z choroby przez kilkanaście lat. Podobnie jak Ty byłam samotna, czułam się nierozumiana, dziwna, inna. Choroba w ogóle odsunęła mnie od rówieśników. Przypuszczam, że teraz już jestem na tyle uodporniona, a przede wszystkim świadoma wszystkiego, że miałabym na to, co robią i mówią totalnie wywalone. Dodam, że naprawdę bardzo ich kochałam, ale żyć się z nimi nie dało.
U mnie kiedyś często przy ostrzejszej wymianie zdań pojawiał się argument wieku, np. "ale to ja jestem starsza i to do mnie się powinno dzwonić, a nie odwrotnie" (jak np. mówiłam, że telefon działa w dwie strony
). Natomiast odkąd zaczęłam często podkreślać, że wiek nie jest w żadnym aspekcie usprawiedliwieniem czegokolwiek, to jest jakby spokojniej. Może zrozumieli, że na szacunek trzeba zapracować, sam wiek tego nie gwarantuje i to dotyczy nie tylko rodziny, ale ogólnie ludzi. Nie znoszę, jak ktoś mi mówi "to jest starszy człowiek, trzeba go szanować". Tak jakby innych nie trzeba było.
-
LauraBacha3
- ZdalnaFanka
- Posty: 494
- Rejestracja: pt lip 21, 2023 9:04 am
Gdy wróciłam z wizyty u ojca po ich rozwodzie dostałam ogromne zjeby, że mi się podobało więc następnym razem nie opowiadałam niczego, to się darła że nic jej nie mówię, więc przez nią zerwałam kontakt z ojcem na kilka lat, żeby nie słuchać tego gderania, to do dziś ona analizuje co się wydarzyło, że przestałam do niego jeździć oczywiście tworząc historie, że winny jest cały świat ale nie ona.
Gdy cokolwiek próbowałam mówić, rozmawiać spokojnie i rozsądnie to i tak było darcie japy, płacz na zawołanie, że ona jest taka dobra i cudowna a ja taka zła, niewdzięczna, ona mi życzy żeby mnie mąż zdradzał to zobaczę, ona zawoła wujka, żeby mi "wpierdolił". Wieczny tekst "ja jestem dla ciebie za dobra"
Dziś mam 36 lat i do dziś mam dni i momenty, gdy myślę o niej z nienawiścią i NIC jej nie mówię a ona nadal robi awantury, że o wszystkim dowiaduje się ostatnia, że wszyscy są ważniejsi od niej blablabla.
Uważam, że ludzie z tamtego pokolenia w większości są nienormalni i powinni iść na przymusowe leczenie.
A ja dzięki temu przez lata okresu dorastania poza jedną koleżanką nie miałam dosłownie nikogo, bo się do nikogo nie odzywałam. Na przerwach stałam i nic nie mówiłam, no bo przecież źle mówię. Zawsze się czułam gorsza i jakby niegodna kontaktu z ludźmi, bo przecież wszystko robię źle. Dopiero po studiach zaczęłam żyć normalnie. Na studiach pamiętam sytuację jak zadzwoniła do mnie w sobotę, był to jeden z pierwszych cieplejszych dni po zimie i poszłam na spacer. I dostałam wielkie zjeby, że się szlajam zamiast się uczyc, że zajdę w ciążę (?), ze studiów nie skończę blablabla.
Gdy na magisterskich leżałam trzeci miesiąc z depresją, myślami samob* i na lekach to jedyne co potrafiła to pytać jak studia (durna babo, ja do łazienki nawet nie chodziłam ale tak, biegałam na wykłady) i że to WYKLUCZONE żebym wzięła urlop dziekański. Obrona w lipcu i ma być obronione, jej nie interesuje mój chory łeb tylko studia. Do dziś potrafi wydrzeć mordę "czy ty leki bierzesz?" Gdy powiem cokolwiek co jej nie pasuje.
Tak, o wiele bardziej rozumiem pokolenie Ztek i podziwiam ich nawet za to naturalne stawianie granic i ogólne dbanie o zdrowie psychiczne. Ogólnie uważam że od każdego pokolenia można się czegoś nauczyć. Ale boomerzy to chyba osobna kategoria bo większośc ich zachowan jest naprawdę żałosna. Tym bardziej bawi mnie ich szacunek do starszych którzy w większości są turbo niedojrzali emocjonalnie. Naprawdę ciężko wyciągnąć z nich coś pozytywnego, może ciężką pracę, ale wielki etos pracy to też nic dobrego 
-
Welociraptor1
- Mokra Włoszka
- Posty: 56
- Rejestracja: pt sie 01, 2025 11:31 am
Cześć, też jestem millenialką i wiele z tych zachowań widzę u swoich rodziców i babci, chociaż na szczęście trochę popracowali nad sobą. Do pewnego momentu to był jednak dramat, ojciec zamknięty w sobie, matka histeryczka, babcia despotka. Ogólnie to widzę u boomerów dramatyczny problem z nazywaniem, rozpoznawaniem i przyjmowaniem emocji. Coś w stylu, "nie smakuje ci zupa, którą ci ugotowałam, bo mnie nie kochasz, to jest krytyka również mnie" - zupełnie nieadekwatne reakcje i jak totalnie akceptujesz, wtedy jest ok, a jak masz jakieś uwagi albo inne zdanie, to jest dramat. Bardzo trudnym momentem było, gdy byłam na przełomie liceum i studiów, zaczęłam podejmować własne decyzje dotyczące nauki i pracy. Oczywiście żadnego mojego chłopaka nie lubili
W pewnym momencie jednak zaczęłam trochę lepiej ich rozumieć, staram się ich uwagi przemyśleć, bo mimo wszystko wiem, że chcą mi jakoś pomóc i mówią ze swojego punktu widzenia. Jakby sama musiałam ich zacząć traktować jako osobne byty, które mogą się mylić, mają swoje słabości. Niestety, widzę czasem różne dziwne zagrywki, fochy, próby ingerowania. Inną sprawą jest dziwny brak empatii. Bardzo trudną kwestią było, gdy mówiłam mamie, że ma szanować granice moich dzieci - np. syn nie znosi łaskotek, a ona łaskotała go na siłę, bo "dzieci lubią łaskotki" i "on się przecież śmieje" (płakał). Ona autentycznie nie rozumiała, że można tego nie lubić, nie chcieć, nie słyszała mówienia "nie rób tak" i że jest to zachowanie przemocowe!
W pewnym momencie jednak zaczęłam trochę lepiej ich rozumieć, staram się ich uwagi przemyśleć, bo mimo wszystko wiem, że chcą mi jakoś pomóc i mówią ze swojego punktu widzenia. Jakby sama musiałam ich zacząć traktować jako osobne byty, które mogą się mylić, mają swoje słabości. Niestety, widzę czasem różne dziwne zagrywki, fochy, próby ingerowania. Inną sprawą jest dziwny brak empatii. Bardzo trudną kwestią było, gdy mówiłam mamie, że ma szanować granice moich dzieci - np. syn nie znosi łaskotek, a ona łaskotała go na siłę, bo "dzieci lubią łaskotki" i "on się przecież śmieje" (płakał). Ona autentycznie nie rozumiała, że można tego nie lubić, nie chcieć, nie słyszała mówienia "nie rób tak" i że jest to zachowanie przemocowe!
O to to, świetnie to ujęłaś z tą krytyką. Ja powiedziałam rodzicom jak przyjechali do mnie, żeby nie wchodzili do pokojów w których są zamknięte drzwi, a raban był taki jakby usłyszeli że ja ich tu nie chce i ich wypraszam i są najgorszymi rodzicami. Ale przecież to nawet o nich nie chodziło, tylko o mnie i moja chęć zamkniętych drzwiWelociraptor1 pisze: ↑sob sie 29, 2026 9:23 am Cześć, też jestem millenialką i wiele z tych zachowań widzę u swoich rodziców i babci, chociaż na szczęście trochę popracowali nad sobą. Do pewnego momentu to był jednak dramat, ojciec zamknięty w sobie, matka histeryczka, babcia despotka. Ogólnie to widzę u boomerów dramatyczny problem z nazywaniem, rozpoznawaniem i przyjmowaniem emocji. Coś w stylu, "nie smakuje ci zupa, którą ci ugotowałam, bo mnie nie kochasz, to jest krytyka również mnie" - zupełnie nieadekwatne reakcje i jak totalnie akceptujesz, wtedy jest ok, a jak masz jakieś uwagi albo inne zdanie, to jest dramat. Bardzo trudnym momentem było, gdy byłam na przełomie liceum i studiów, zaczęłam podejmować własne decyzje dotyczące nauki i pracy. Oczywiście żadnego mojego chłopaka nie lubili![]()
W pewnym momencie jednak zaczęłam trochę lepiej ich rozumieć, staram się ich uwagi przemyśleć, bo mimo wszystko wiem, że chcą mi jakoś pomóc i mówią ze swojego punktu widzenia. Jakby sama musiałam ich zacząć traktować jako osobne byty, które mogą się mylić, mają swoje słabości. Niestety, widzę czasem różne dziwne zagrywki, fochy, próby ingerowania. Inną sprawą jest dziwny brak empatii. Bardzo trudną kwestią było, gdy mówiłam mamie, że ma szanować granice moich dzieci - np. syn nie znosi łaskotek, a ona łaskotała go na siłę, bo "dzieci lubią łaskotki" i "on się przecież śmieje" (płakał). Ona autentycznie nie rozumiała, że można tego nie lubić, nie chcieć, nie słyszała mówienia "nie rób tak" i że jest to zachowanie przemocowe!